Teraz jest 24 cze 2019, o 19:39



Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 15 ] 
Autor Wiadomość
 Tytuł: RPG5 - raporty z przygód
PostNapisane: 31 paź 2014, o 20:16  
Avatar użytkownika

Nawiedzający sny
Dołączył(a): 17 wrz 2013, o 17:14
Posty: 802
Lokalizacja: K-ów
Offline

10 October

Udało się... Niejaki John Clark jakoś nas przepchnął. Zaiste niezgorsza zbieranina: Inav, Sasuke, Avinashai, Estanatehi, Ifre, Corlanto, Jeres, Meliana, Trucjan, Ellie, rzeczony John no i ja. I książę zgodził się na wynajęcię właśnie nas – będziemy poszukiwać zwojów, o których nie wiemy nic. Grunt to pewna i jasna robota, ale narzekać nie zamierzam przed nikim – być może im będę musiał powierzyć swoje bezpieczeństwo i życie.

Współpracę ze sobą rozpoczęliśmy od rytualnej wizyty w karczmie. Muszę przyznać, że grupy tak zróżnicowanych osobistości już dawno nie widziałem – a słyszałem jedynie w opowieściach wuja. Pierwszego spotkania integracyjnego nie potrafię ocenić i to pod żadnym kryterium. Mieszanina takich charakterów nie mogła się obejść bez kilku sytuacji zakrawających na konflikt, ale na szczęście otwartych wojen na starcie udało się uniknąć.

Nie chcąc próżnować – zasięgnęliśmy rady karczmarza i kilku karczemnych gości, a uzyskane informacje zaprowadziły nas w okolice biblioteki. Pomocnicy czekający na bibliotekarza skierowali nas w okolice miejskiego targu, skąd miało być blisko do jego domu. Zaniepokoili nas także nieco wiadomością o jego długiej nieobecności, więc przyglądając się pobieżnie towarom dostępnym na straganach – udaliśmy się wprost do wskazanego domu. Krótka rozmowa z właścicielem zakazanej twarzy wzmogła naszą czujność i spowodowała organizację sił i frontalny atak.

Jakiś czas zajęło nam rozprawienie się ze wszystkimi obecnymi w domu „gośćmi” bibliotekarza, którego to znalazłem po chwili w komórce związanego lepiej niż świniaka na targ. Ten z wdzięczności za pozbycie się zbirów opowiedział nam kilka historii związanych z poszukiwanymi nie tylko przez nas (co się właśnie okazało) rękopisami mistrza Joachima zwłaszcza, że straż miejska wezwana do bandytów przerwała opowieść jednego z nich na tenże temat. Podzielił się także lokalnymi plotkami i skierował nasze poszukiwania do bibliotek prywatnych szlachciców Togressy.

Podziękowawszy grzecznie za pełną wdzięczności gościnę bibliotekarza powróciliśmy do karczmy, gdzie poznaliśmy dwie ballady mistrza Joachima. Jedyne sławne, jak się okazało, utwory tegoż barda usłyszeliśmy w wykonaniu obecnego akurat w karczmie barda oraz, ku naszemu zdziwieniu, w wykonaniu Johna. Kolejne zaskoczenie tego pełnego zaskoczeń dnia. Udało mi się zanotować wszystkie trzy teksty:

A więc naprawdę już odeszłaś?
Zniknęłaś, piękna, z moich dni?
Twe każde słowo we mnie mieszka,
Wciąż jeszcze w uszach moich brzmi.
I jak wędrowiec wzrok o świcie
Na próżno w przestwór nieba śle,
Skowronka ujrzeć chcąc w błękicie,
Co z dzwonną pieśnią nad nim mknie:
Tak ja lękliwe oczy wznoszę
Na pola, łąki, borów gąszcz
I każdą pieśnią moją proszę:
O, wróć, kochana, czekam wciąż!


Na rozłogu zakwitł krzew-
Różyczka w czerwieni,
Młody chłopiec ku niej biegł,
Cieszył się, że poœród drzew
Kwiat jak œwit się mieni.
Róży, róży, róży kwiat-
Różyczka w czerwieni.
Rzecze młody: „Zerwać chcę
Różyczkę w czerwieni”
A różyczka na to: „Nie”.
Ostrym kolcem ręce tnie
Za takie zachcenie.
Róży, róży, róży kwiat-
Różyczka w czerwieni.
Złamał dziki chłopiec krzew-
Różyczkę w czerwieni.
Kłują kolce, płynie krew,
Lecz zapłaci za ten gniew
Bólem i cierpieniem.
Róży, róży, róży kwiat-
Różyczka w czerwieni.


Wędruję ścieżką od ciebie do ciebie
Choć nie ma drogi poza górami
Już poza tobą świata nie dostrzegam
Zawieszon między dwoma światami
Tęsknię za tobą na pustych szczytach
Lecz mój wzrok nie sięga w doliny
U świata krawędzi z chmur skłębionych czytam
Świat na tobie się kończy na tobie zaczyna
Góry to nasze spiętrzone marzenia
W górach ludzie jak one rosną ku niebu
Morze szczytów nas w żeglarzy przemienia
Sterujących coraz dalej od brzegu
Góry to ludzie którzy je niosą w plecaku
Ludzie są jak góry które noszą w sobie
Gdzie oczy poniosą wędrujemy na szlaku
A u celu i tak czeka drugi człowiek


Zasłuchani w ballady, które niewątpliwie ucztą dla duszy były, ani się spostrzegliśmy jak zapadł zmrok. Wysłuchawszy ”głosu Togressy” – ostatnich plotek, udaliśmy się na spoczynek.



11 October

Odebrawszy z rana nagrodę za złapanych u bibliotekarza zbirów zaczęliśmy rozmyślać, której z plotek dać wiarę i gdzie nas to zaprowadzi...


#mieczprawdy:
Obrazek

Uzależniony od wielokropków...
"Talga Vassternich"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG5 - raporty z przygód
PostNapisane: 4 lis 2014, o 14:24  
Avatar użytkownika

Strażnik granicy
Dołączył(a): 7 lut 2014, o 19:05
Posty: 83
Lokalizacja: Wrocław
Offline

11 October

Po zaspokojeniu podstawowych potrzeb w karczmie uznaliśmy, że czas dowiedzieć się czegoś więcej na temat plotek zasłyszanych poprzedniego dnia. Lothar uznał, że powinniśmy zacząć u bibliotekarza, którego wczoraj uratowaliśmy. Wyruszyliśmy więc do biblioteki. Nie zawiedliśmy się, Collins - gdyż tak miał na imie owy bibliotekarz - opowiedział nam o niechęci Kapłana Jorga do szlachty, o zbliżającym się polowaniu, a także wspomniał o alchemiczce zwanej Petrą, która mogłaby nam opowiedzieć co się dzieje u Austerlitzów. Dostaliśmy również namiary na znajomego sierżanta, który może nam opowiedzieć o niedawnym włamaniu do domu Austerlitzów.

Jako, że mieliśmy kilka tropów do wyboru, postanowiliśmy najpierw wybrać się do alchemiczki Petry. Okazało się, że ta kobieta nie lubi głoszących słowo Stwórcy, więc Inav obawiając się bliskiego spotkania z patelnią postanowił odpuścić sobie rozmowy o Stwórcy. Petra potrzebowała pewnych ziół, więc postanowiliśmy wybrać się na pobliskie łąki i je dla niej znaleźć. Zajęło nam to okrągłe 7 godzin(!). Zielarzami to my jesteśmy marnymi. Po uzbieraniu ziół nie udaliśmy się jednak wprost do Petry, lecz postanowiliśmy się poradzić innego miejskiego alchemika do czego owe zioła mogą zostać użyte. Nie dowiadując się niczego pożytecznego wróciliśmy do Petry. Otrzymaliśmy pewną sumkę za nasze wysiłki i kilka informacji na temat Alexandra Austerlitza.

Po ciężkim dniu wróciliśmy do karczmy. Tam zaczęła się zaiste harda impreza, polał się alkohol, ktoś potańczył, ktoś komuś groził sztyletem - taka standardowa zabawa. Część drużyny dotrwała do końca, część poległa w trakcie zabawy a inni postanowili w ogóle odpuścić sobie zabawy tego wieczora.



12 October

Nie ciężko się domyślić, jak się głowy miały rano... Po krótkich aczkolwiek intensywnych namowach uznaliśmy, że nadeszła pora, aby odwiedzić sierżanta. Sierżant Tim Hollow dał nam informacje na temat włamania i skierował nas na osobę zwaną Jednookim Osterem. Wyraził również swoje zaniepokojenie sprawą powieszenia się Vichy'ego, którą mamy zamiar zbadać, gdy znajdziemy na to czas.

Odwiedziliśmy jeszcze Petrę, która dała wszystkim zainteresowanym lek na bóle głowy...

W drodze do kapłana Jorga spotkaliśmy kobietę, której mąż - jak się na początku wydawało - złamał kręgosłup podczas porannego posiedzenia w wychodku. Zanieśliśmy go do alchemiczki, która stwierdziła, że choroba nie jest tak poważna. Żona mężczyzny serdecznie nam podziękowała za pomoc, po czym ruszyliśmy do kapłana.

Żeby zyskać zaufanie kapłana Jorga wpadliśmy na genialny pomysł, aby zrobić z Inava wielkiego dostojnika kościelnego, który przybył do Togressy, aby odwiedzić tutejszą świątynię. Pomysł bym tym bardziej genialny, gdyż samego Inava z nami nie było - odsypiał ciężki wieczór w karczmie. Powiedzieliśmy kapłanowi, że jesteśmy jego sługami i oznajmiamy przybycie. Kapłan wielce zaskoczon nie obdarzył nas jednak zaufaniem i kazał następnym razem przyjść z Wielkim Kapłanem Inavem.

Naszym kolejnym krokiem było przeszukanie magazynu, w którym według naszych informacji ukrywał się Jednooki Oster. Chcąc nie chcąc musieliśmy przejść przez targ miejski. Na nasze szczęście spotkaliśmy tam samego Alexadra Austerlitza! Właśnie miał zamiar kupić beznadziejny łuk, który wciskał mu sprzedawca. Wychwyciliśmy okazję i wynegocjowaliśmy dla Alexandra uczciwą cenę za inny, o wiele lepszy łuk. Taka altruistyczna postawa z naszej strony może nam przynieść korzyści w przyszłości. W trakcie dalszych zakupów Alexander źle się poczuł i natychmiast został odprowadzony przez swoich ochroniarzy...


#mieczprawdy:
Obrazek
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG5 - raporty z przygód
PostNapisane: 10 lis 2014, o 17:26  
Avatar użytkownika

Nawiedzający sny
Dołączył(a): 17 wrz 2013, o 17:14
Posty: 802
Lokalizacja: K-ów
Offline

12 October

Wraz z odnalezionym Inavem udaliśmy się prosto do wielebnego Jorga. Nie wiem do końca jak przebiegała rozmowa między wielkim kapłanem a udającym innego wielkiego kapłana, ale Inav wyszedł weselszy i dużo bogatszy w informacje, więc śmiało można było założyć, że się udała. Już mieliśmy udać się do karczmy w celu obmyślenia nowych strategii w oparciu o nowe wiadomości, gdy dobiegł nas krzyk, jak się okazało chwilę później, kowala. Biedny mistrz fachu nie mógł sobie poradzić z rudą i choć wielu nas spróbowało swoich sił i wytężyło wszystkie swe umiejętności – całkiem niespodziewanie zwycięzcą wśród kandydatów na kowalskiego czeladnika okazał się właśnie Inav. Uzyskał on dzięki temu obietnicę wakatu na czeladniczym stanowisku, miecz oraz dziryt.

Zapracowawszy dzielnie po raz kolejny na dobrą opinię w Togressie – przypomnieliśmy sobie o magazynie Jednookiego Ostera. Niezbyt przejmując się tym, że w biednej dzielnicy niemal zrobiliśmy z siebie burżujów, do których blisko nam było tylko i wyłącznie dzięki zasadzie kontrastu, obejrzeliśmy rzeczony magazyn i w końcu skierowaliśmy swe kroki do karczmy. By uniknąć podobnego błędu pozostawania charakterystycznymi – oddaliśmy na przechowanie co bardziej jaskrawe ubiory, po czym skrzętnie chowając broń w tych, które nam jeszcze zostały ruszyliśmy po zmierzchu w stronę owego magazynu.

Próbując zinfiltrować budynek narobiliśmy takiego hałasu, że aż dziw, że się bezdomni nie zbiegli, ale chociaż raz tego wieczora szczęście było po naszej stronie – jak się miało okazać – przedostatni raz. Niestety znalezieni w środku trzej opryszkowie nie mieli bynajmniej ochoty przedstawić nas Osterowi, a gdy już się z nimi ledwo (ostatni łut szczęścia) rozprawiliśmy (także ponosząc uszczerbki na ciele), ostatni konający zaczął nam opowiadać o domniemanej ucieczce Ostera do D`Hary. Nie zdążyliśmy jednak usłyszeć zakończenia tejże historii gdyż umiejętności pierwszej pomocy jeszcze nie zdążyliśmy do wystarczającego poziomu opanować.

Pirotechniczne zapędy Wadosha szybko zostały pohamowane przez zbliżający się patrol, ale tego dowiedziałem się już na szczęście w karczmie. I w tym momencie dopadło mnie zdziwienie światem. Nie dalej jak jeszcze tego dnia rano – moi dzielni kompanioni umierali na brak wody w organiźmie i zbyt głośne padanie promieni słonecznych na ich zmęczone alkoholem (tudzież jego zwracaniem) twarze. Mimo powyższego – rozpoczęli kolejny wyścig na kolejki i niedługi czas potem odnosiliśmy ich razem z Clarkiem do posłań. Ciekawe, ile razy schemat się powtórzy, zanim zrozumieją zależność...


#mieczprawdy:
Obrazek

Uzależniony od wielokropków...
"Talga Vassternich"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG5 - raporty z przygód
PostNapisane: 13 lis 2014, o 00:47  
Avatar użytkownika

Nawiedzający sny
Dołączył(a): 17 wrz 2013, o 17:14
Posty: 802
Lokalizacja: K-ów
Offline

13 October

Bardzo późnym rankiem ruszyliśmy prosto do Alexandra. O dziwo, większość grupy była nawet w formie. Przyjęci zostaliśmy, po raz kolejny – o dziwo, bez problemów i chwilę potem dostąpiliśmy zaszczytu poznania Sophie Austerlitz. Z racji, że nadwyrężona upadkiem noga Alexandra wykluczyła go z polowania, jako odległego kuzyna reprezentującego go wśród myśliwych obrał sobie Jeresa. Ustaliwszy wszelkie szczegóły – także te mało istotne – powróciliśmy do karczmy, żeby choć raz wstać przed pianiem kurów.



14 October

Wstać się udało nawet przed karczmarzem. Zaspany zaserwował skromne śniadanie i kilka chwil po nim już dołączaliśmy do szlachciców, którzy oczekiwali na przemowę Thorstena. Jeszcze trochę zaspani nawiązywalimy przyjacielskie pogawędki, gdy nagle – wydawałoby się wręcz że na znak Thorstena właśnie – zza krzaków wystrzeliły ku nam strzały. Wszelakie konie obecne w pobliżu ataku spłoszone poniosły gdzieś w dal – w tym jeden z Sophie Austerlitz na grzbiecie. Po prostu świetnie i niezawodnie udało nam się Ją chronić. Chwilowo jednak będąc zwierzyną skupiliśmy się na własnym bezpieczeństwie. W sobie tylko znany sposób Wadosh odgrodził bandytów ścianą ognia, co dało nam czas na pościg za Sophie.

Najpierwsza do urwiska dobiegła Estanatehi, lecz jedynie po to, by ujrzeć jak panienka wraz z koniem znikają za jego krawędzią. Szybko udało się ustalić, że płynąca w dole rzeka porwała spłoszonego konika, podczas gdy Sophie zatrzymała się na rosnącym mniej więcej w połowie wysokości urwiska sosnowym konarze. Nie namyślając się wiele podążyłem ostrożnie w dół, by jakoś Ją potem wyciągnąć, choć szczerze mówiąc – żaden pomysł realizacji tego planu nie przychodził mi do głowy nawet w trakcie wspinaczki. Jak się później okazało – rozwój wypadków zawdzięczaliśmy właśnie Thorstenowi, który nie namyślając się wiele – rzucił petardę sprawiając, że z urwiska zrobiło się osuwisko. Jako że wszyscy stali na skraju – z mniejszym bądź większym uszczerbkiem na zdrowiu i dumie wylądowali w płynącej jarem rzeczce.

Niemal natychmiast straciłem Sophie z oczu i mimo rozpaczliwych poszukiwań nad i pod wodą (nie tylko moich) wciąż nie wiedzieliśmy, czy aby nie przekreśliliśmy właśnie wszystkich swoich szans na załatwienie czegokolwiek w Togressie. Gorączkowe rozmyślania i przeczesywanie wzrokiem głębin i nadbrzeża w końcu przerwał krzyk poszukiwanej. Okazało się, że wydostawszy się z wody zdążyła już napotkać sporawego przedstawiciela rasy niedźwiedziej. Wystraszony hałasem miś na szczęście szybko się oddalił i mogliśmy ruszyć w drogę powrotną szukając traktu, którym moglibyśmy ominąć wysokie urwisko.

Tuż przed zmrokiem podjęliśmy decyzję o rozbiciu obozu, a dzięki Estanatehi i Jeresowi mieliśmy nawet niezłą perspektywę kolacji i śniadania. Odkleiwszy w końcu Wadosha od ognia (naprawdę kiedyś będziemy przez to cierpieć) upiekliśmy dziczyznę i ryby, a wysłuchawszy opowieści Sophie o ciemnej stronie polityki w Togressie okraszonej pikantnymi szczegółami – zrozumieliśmy sporo tego, co się stało i tak oświeceni zasnęliśmy.



15 October

Wyspani i najedzeni, więc w nie najgorszych humorach powróciliśmy do poszukiwań traktu do Togressy. Gdy jednak już go znaleźliśmy, kawałek dalej czekał na nas Thorsten ze swoją świtą, która już wcześniej nie miała wobec nas przyjaznych zamiarów. Perełka przytomnie ukryła się z Sophie w krzakach, podczas gdy reszta eliminowała zagrożenie. Mimo nawoływań Jeresa – Sasuke dopiął swego i Thorsten chwilę później leżał bez ducha z ostrzem w plecach. W tym czasie próbowałem udzielić pierwszej pomocy Estanatehi, więc o dobijaniu czwartego z ekipy Eggersa dowiedziałem się z opowieści. Tak samo o wyładowywaniu złości przez Jeresa na zwłokach zdradzieckiego lordziątka.

Gdy tylko przestałem słyszeć szczęk broni – wziąłem delikatnie Estanatehi na ręce i co sił w nogach, oczywiście ostrożnie, pobiegłem z Nią wprost do Petry. Tam dogoniła mnie reszta drużyny i wspólnie, acz jeszcze bez poszkodowanej Estanatehi, odprowadziliśmy Sophie do rodzinnego domu. Tknięty przeczuciem przypomniałem sobie o prawdziwym celu naszego pobytu tutaj i wdzięczność Alexandra zamieniłem na istotne informacje na temat poszukiwanych tekstów mistrza Joachima. Dowiedzieliśmy się, iż autorką muzyki do wierszy(!), a nie ballad, jest niejaka Igrilda von Austerlitz.

Zszokowani, a jednocześnie ucieszeni nowym celem w postaci nagrobka wyżej wymienionej zostaliśmy zaproszeni na ucztę, na którą zdążyła już o własnych siłach przyjść Estanatehi. W komplecie więc rozpoczęliśmy świętowanie wznosząc toasty za nadchodzącą Przygodę...


#mieczprawdy:
Obrazek

Uzależniony od wielokropków...
"Talga Vassternich"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG5 - raporty z przygód
PostNapisane: 21 lis 2014, o 21:52  
Avatar użytkownika

Nawiedzający sny
Dołączył(a): 17 wrz 2013, o 17:14
Posty: 802
Lokalizacja: K-ów
Offline

16 October

Kolejna szybka pobudka zaowocowała samymi miłymi przygodami. Na szczęście wczorajsza uczta przebiegła w kulturalnej atmosferze pełnej umiaru godnego iście arystokratycznych wieczerzy. Nie dane nam było się dowiedzieć, jaką drogę wróżył nam Alexander, do którego poszliśmy się pożegnać, ale szybko nadrobił (według siebie) popełnione gafy i obdarował nas licznymi prezentami jakby wierzył, że powrócimy mimo wszelkich trudów podróży.

Po drodze na targ spotkała nas znajoma kobiecina, która przypomniała nam jeszcze o pożegnaniu z Petrą, która zleciła nam kolejną robotę dla zielarzy, a przy okazji także obdarowała cennymi prezentami – w końcu będę mógł pomagać tym, którym potrzebna jest pomoc, a nie tylko zabijać i zabijać zwłaszcza, że sporo u niej podpatrzyłem z warsztatu medyka jeśli chodzi o podstawowe zajmowanie się ranami.

Żeby nie wyjść z wprawy – pożegnaliśmy także bibliotekarza Collinsa oraz Karczmarza. Im także, widać, rozstanie z nami przychodziło z trudem i oni także wspomogli i doekwipowali nas przed podróżą. W końcu udaliśmy się na targ, gdzie zrobiliśmy zakupy, a na odchodne wstąpiliśmy do Kowala, który również nie mógł zapomnieć zwłaszcza o swoim nowym ulubieńcu – Inavie. Zrobiwszy jeszcze zapasy na drogę – opuściliśmy w końcu Togressę.

Wieczorem ujrzeliśmy pierwsze zabudowania, jednak nocleg w karczmie, o dziwo, nikomu przez myśl nie przemknął. Za długo byliśmy w mieście? Tęskniło się nam znów do natury? Nie rozumiem, ale sam w istocie też nie wpadłem na ten pomysł. Wolałem obserwować i przez obserwację poznawać moich świeżo upieczonych kompanionów. Estanatehi po raz kolejny dała przepiękny pokaz łowiectwa i już po chwili powróciła z upolowanym jelonkiem, zaś Jeres, Wadosh, Inav Corlanto i Clark zaopatrzyli się w kapustę z pobliskiego pola. Tuż po zbiorach, stało się coś, co nie powinno nas zaskoczyć a jednak tak się właśnie zdarzyło.

Podpalone przez Wadosha pole poszło w pięknym stylu i z dużym ogniem z dymem i tylko dzięki ogromnemu szczęściu oraz Jeresowi – pożar skończył się tylko na tym polu. Upieczony nieco jelonek spowodował nagły przypływ pragnienia i w końcu udaliśmy się do karczmy. Na miejscu najbardziej szokującą wiadomością okazało się wyczerpanie zapasów piwa, a ostatnie pił jakiś uzbrojony jegomość w kolczudze pilnujący swojej gizarmy. Nieznajomy przedstawił się jako Peter i tuż po wykluczeniu Jeresa jako poszukiwanego przedstawionego na pergaminie, który dzierżył – opowiedział nam mrożącą krew w żyłach historię grennidońskiego rozbójnika.

Kolejny spotkany w knajpie jegomość na uwagę zasłużył tylko i wyłącznie domniemanym posiadaniem wierszy mistrza Joachima, który udało mi się zapisać, acz musiałem w tym celu konsultować się z Clarkiem, którego niezawodna pamięć okazała się nieoceniona:

Za Twoim ciepłem chciałbym zatęsknić, o Miła
I wciąż nie wierzę, że rozłąka dopadła nas
Lecz jeśli prawdziwie uczuć w nas taka siła
To wszystko pokonamy, a w tym nawet i czas.

Acz tęsknić nie umiem, bo tak często tęskniłem,
że co poznałem i pokochałem u Ciebie
sprawiło, że sam się nieraz częściej raniłem
myślami o tym naszym wymarzonym niebie.

Pamiętasz nasze plany? Pamiętasz marzenia?
Na to co miało być i co jeszcze poczeka?
Serce Ci podpowie, że nie są bez znaczenia,
A rozum zapewni, że wieczność nie ucieka.

A przecież nie będziesz wieczności na mnie czekać.
Szybciej do Ciebie wrócę – zdążyć chcę przed wiosną.
I ciepłe dni powrócą – mróz zacznie uciekać
I chciałbym Cię znów zastać, tak pięknie radosną.

W uśmiech Twój wystrojoną, w niebieską sukienkę.
Tak, Ty przecież wiesz którą. I w Twe długie włosy,
Przyjdę wtedy po Ciebie, ujmę Cię za rękę
I zatańczmy na łące na boso – wśród rosy.

Wiatr będzie Cię rozpieszczał, gładził swym zefirem.
Do tańca niech muzykę ptacy zaśpiewają
A ja znowu Cię nazwę mym cennym Szafirem
Po Twych oczętach, które kolor taki mają.

Nie smuć się więc Szafirku. Ruszyłem już w drogę.
Ustanie ta rozłąka i smutek ustanie.
Ja tęsknić już nie umiem, odrzucam też trwogę.
Przytulę Cię już wkrótce. Czyż nie tak, Kochanie?


Pożegnawszy Pana Halmana – rozpoczęliśmy rozmowę z ubranym w iście hrabiowskie koronki Valdymirem Hrabią Wittendorf. Szybko okazało się, iż ów Szermierz Języka walczy sarkazmem, ale albo sędzia mu nie podpasował, albo wywieszczył sobie rychłą porażkę – uciekł za drzwi, gdzie zrazu dogonił go Jeres i zaatakował niespodzianie. Hrabia nie dał się jednak zaskoczyć. W podziwu godny sposób błyskawicznie dobył swego rapiera zasłaniając się przed ciosem. Muszę przyznać, że i na mnie zrobiło to wrażenie zwłaszcza, że nikt się nie spodziewał aż takich umiejętności po kimś, kto sam się nazwał szermierzem języka.

Mimo starań Jeres nie wyrządził hrabiemu szkód większych aniżeli niewielka rana na dłoni podczas gdy sam zarobił dwie nowe blizny, zobaczył obydwie swoje bronie wyłuskiwane z chirurgiczną niemal precyzją, oraz nauczył się, że mocny w gębie czasem bywa też mocny w czym innym. Okazała się ta nauka jednak korzystna także dzięki temu, że Peter zaoferował się, iż pomoże Jeresowi w nauce nowych umiejętności w zakresie broni drzewcowej. Nie mający nic do stracenia Jeres propozycję przyjął i tym sposobem przez jakiś czas towarzyszyć nam miał Peter Dunkel. Poczyniwszy te ustalenia – udaliśmy się na spoczynek.



17 October

Z samego rana Peter wyrwał Jeresa ze snu tylko po to, żeby rozpocząć intensywne szkolenie zarówno kondycyjne jak i techniczne. Po wstępnym zapoznaniu z programem treningowym zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w drogę. Nie zdążyliśmy stracić jeszcze z oczu karczmy Dzbanuszek, gdy na trakcie spotkaliśmy grupkę banitów z niepokojącymi pogłoskami o tajemniczym zwierzęciu, którego obecność poprzedza spalenie wioski do gołej ziemi. Wkrótce, ku naszej zgrozie, krajobraz potwierdził słowa przywódcy banitów.

Pogonieni przez nadchodzącą ulewę i zbliżające się błyski – ukryliśmy się w jednej z chat opuszczonej wioski tuż przed tym, jak pierwsze krople zabębniły o większą część dachu, który mieliśmy nad głową. Nie wiem dokładnie, po co Wadoshowi były te szmaty z kąta (zapewne po coś związanego z ogniem), ale nie zdołał ich sięgnąć, gdyż coś, co się w nich ukrywało – niemal natychmiast dało nura do dziury w podłodze. Nie podziałały ataki – Kształt był duuużo za szybki na kogokolwiek z nas. Dopiero ułaskawienie go jedzeniem przyniosło skutek i oczom wszystkich okazała się około jedenastoletnia dziewuszka z dużymi niebieskimi oczami. Głównym z używanych przez nią słów było: „Ssssssstraaaawaaaaaaaa”, więc nakarmiona i utulona przez Melianę (w której ku mojemu zdziwieniu obudził się instynkt macierzyński) w końcu spokojnie usnęła.

Informacji od Stworzonka nie udało nam się wiele uzyskać, więc rozpaliliśmy w piecu, Clark zagrał przepiękną kołysankę, Jeres ustalił warty, po czym wszyscy poza wartownikami posnęli snem niespokojnym jak na tę noc. A nawet i tych co wartowali męczyły później koszmary. Pełniąca pierwszą wartę Estanatehi budziła wszystkich by przerwać te dziwnie zsynchronizowane złe sny i dzięki niej można było pospać dłużej w spokoju.



18 October

Kolejna warta przypomniała nam opowieści banitów o wymordowanych rodzinach i o tym, którego ścigał Peter... Żadne z nas nie połączyło jednak tych faktów z Morką. I dobrze. To była zupełnie inna historia. Potoczyłaby się jednak ona zupełnie inaczej, gdyby nie dotychczasowy wzór odpowiedzialności w naszej drużynie Clark oraz dyżurny piroman – Wadosh. Właśnie na ich warcie Perełka obudzona została przez Morkę, która wyglądała jednak zupełnie inaczej niż jak wtedy, gdy kładliśmy ją spać. Wtedy właśnie obudził nas huk spadającego z pieca ogromnego gara.

Widząc dopiero co naderwany przez garnek ogromny pęcherz podobny do rybnego – szybko zorientowaliśmy się, że Perełka potrzebuje natychmiastowej pomocy, bo prawdopodobnie zdążyła już się wykrzyczeć na swój pechowy los, ale przez ową bańkę nie dotarło do nas nic. To, jak garnek spadł z pieca zostawiliśmy tymczasowo na później, a zabraliśmy się do rzeczonej pomocy. W zażartej walce udało nawet się ją chwilowo podpalić (ciekawe kto to zrobił i dlaczego Wadosh). Ostatnią ze sztuczek upiornej dzieweczki było ponowne przybranie jej pierwszej postaci i prośba o łaskę. Po tym, co się stało nikt jednak nie zamierzał potraktować tego serio. I tak już ledwo żywy stwór oberwał w końcu znalezioną tuż przed domem mieszanką soli i popiołu, a Peter z przepięknego wyskoku przygwoździł go do ziemi, a w chacie zapadła błoga cisza przerywana jedynie przyspieszonymi oddechami walczących.

Peter poinformował nas, że w jego stronach coś takiego zwano „Cichą”, choć po dzisiejszych upiornych wrzaskach nikomu z nas nie wpadłoby takie określenie do głowy. Uznał on także, iż dzisiejszy kondycyjny trening Jeresa nie ma zbyt wielkiego sensu zważywszy na ostatnią walkę. Ostatnia warta objęła stanowisko, ale najwyraźniej już nic złego miało nas nie czekać... do końca tej warty...


#mieczprawdy:
Obrazek

Uzależniony od wielokropków...
"Talga Vassternich"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG5 - raporty z przygód
PostNapisane: 28 lis 2014, o 18:23  
Avatar użytkownika

Nawiedzający sny
Dołączył(a): 17 wrz 2013, o 17:14
Posty: 802
Lokalizacja: K-ów
Offline

18 October

A jednak udało się chwilę przysnąć po nocnej przygodzie. Nie spodziewałem się tego, ale martwić się nie zamierzam. Po drodze minęliśmy jedną ze słynnych już spalonych wiosek, aż wreszcie wieczorem trafiliśmy do kolejnej z wiosek przy trakcie, a tam – do gospody „Pod trzema dębami”. Zamówiliśmy w końcu kolację, zaobserwowaliśmy dziwnego jegomościa Reina (którego po krótkiej nieobecności Ellie chyba już więcej nie zaobserwujemy), oraz poznaliśmy nietypowego zbieracza, na którego wspomnienie aż się wzdrygam. Karczmarz potwierdził dotychczasowe plotki, ale tym razem było nam dane zasnąć spokojnie i przespać tak całą noc. Głośne chrapanie i łażące po stołach kury nie zdołały nam tej przyjemności odebrać.



19 October

Peterowi udało się obudzić tylko Jeresa. Reszta grupy wstała jakiś czas później, ale po spokojnej nocy nie dane nam było zjeść spokojnie śniadania. Dwóch jegomościów zaczęło bowiem obijać karczmarza za rzekomo nieświeże posiłki, które nieco nadwyrężyły zdrowie jednego z nich. Bohaterski Clark ułapił jednak najbliżej stojącą kurę i w sobie tylko znany sposób obronił za jej pomocą siebie i karczmarza. Nawet Avinashai udało się wymyślić sposób pomocy, bo rzuciła w jednego z nich swoim nowym nabytkiem – sporej wielkości pajęczakiem – powodując atak paniki u niezadowolonego klienta. Clark zrezygnował tymczasem z kury i rękojeścią sztyletu zakończył wszelkie skargi i zażalenia. Nie omieszkał przy tym skorzystać z pomocy Jeresa, który połamał krzesło na delikwencie pozbawiając go przytomności. Bezwładnego wyniósł kolega i tak w karczmie nastał spokój.

Rewizja w spiżarni nie dała żadnych wymiernych efektów, ale za to w dowód wdzięczności otrzymaliśmy od karczmarza prowiant, a na odchodnym ujrzeliśmy jeszcze w oddali porannych pechowców. Nie zdążyliśmy ujść daleko, gdy naszym oczom ukazały się kolejne zgliszcza, w których (w przeciwieństwie do poprzednich) udało się znaleźć kilka ocalałych rzeczy. Po krótkim przeszukaniu kontynuowaliśmy naszą podróż.

Spory czas przed zmierzchem oczom naszym ukazał się ogromny (nie tylko w porównaniu do poprzednich) przydrożny zajazd. „Nocne marzenia”, bo tak brzmiała jego dumna nazwa, okazały się w istocie od marzeń niedalekie. Kapela, długie i czyste(!) obrusy, tańczące (i czyste(!)) panie na stołach – nie sposób było nie zostać na dłużej zwłaszcza, że wielkich tłumów też nie było. Oczywiście niemal od razu zamówiliśmy wczesną kolację, a Avinashai znalazła nawet towarzysza rozmowy, który wyglądał jak gdyby pochodził co najmniej z równej jej klasy społecznej.

Tak mijał czas, na zewnątrz powoli się ściemniało, a na głównym stole zapłonęły (bez udziału Wadosha) z gracją omijane przez tańczące panie świeczki, które to nadały „zajazdowi” jeszcze bardziej charakterystycznego klimatu. Clark znalazł także towarzysza do gry w kościanego pokera i o dziwo – ograł go także w rewanżu. Tuż po odebraniu wygranej – na sali zapadła ciemność, a gdy po kilku chwilach światło powróciło – oczom naszym ukazała się leżąca na podłodze ze sztyletem w gardle tancerka. Poszukiwania mordercy, do których ochoczo wszyscy przystąpili ujawniły jedynie oszusta w postaci brata bliźniaka Valdreda, który to przegrał przed chwilą w kości, choć nie powinien właśnie ze względu na tę pomoc ukrytą pod stołem. Nie mam pojęcia, jak chcieli manipulować tymi kośćmi, ale tym razem nie zadziałało.

Przepytanie wszystkich gości skończyło się fiaskiem, a od jednej z tancerek Clark zarobił nawet w twarz. Dobrze więc, że wciąż trzymałem się na uboczu. Niestety nawet z mojej perspektywy nie udało się dostrzec jak zginęła owa tancerka – podobnie jak wszyscy wpatrywałem się jak urzeczony w pojedynek Clarka i Valdreda. Nie uzyskawszy odpowiedzi – udaliśmy się na czujny spoczynek. Wszak morderca nie został złapany.



20 October

Poranny trening Jeresa z Peterem i nasze śniadanie przerwały dziwne piski. Gdy nimi podążyliśmy – zastaliśmy Jeresa leżącego w ukrytej nieco mrowiskiem niewielkiej wyrwie w ziemi w pobliskim zagajniku. Tam natomiast okazało się, iż krótki tunel prowadzi do groty pełnej dziwnych oślizgłych robali żerujących na sporych ilościach złota i srebra. Rozprawiwszy się z nimi wyszliśmy zmachani z powrotem na powierzchnię (nie zapominając oczywiście o żadnym gramie waluty, który jeszcze się do czegokolwiek nadawał). Tam zaś czekał na nas tajemniczy zwierz, o którym się tyle nasłuchaliśmy po drodze.

Można go było porównać do jelenia, gdyby nie brak poroża, który zastąpiły nadzwyczaj wydatne kły, których nijak nie dało się przegapić ze względu na ich nietypowość. Przytłoczony wydarzeniami wczorajszymi, dzisiejszymi i dużo bardziej zamierzchłymi Peter zaczął nagle domagać się melisy, ale zebrał się w sobie i wspomógł nam w odparciu szarży zwierzęcia, za którym słychać było jedynie krzyki z wioski. Tuż po tym, jak stwór bez ducha legł na ściółce – Peter zemdlony legł w pobliżu.

Zgodnie z przewidywaniami – z zajazdu ewakuowali się wszyscy, co czynili z nieludzkimi okrzykami. Barman zamknął piwniczkę uprzednio udzieliwszy nam małego depozytu na poczet obrony lokalu a my zdecydowaliśmy się zostać jeden dzień, by poczekać na tajemniczego podpalacza, który podobno miał nadejść w przeciągu najbliższych 24 godzin. Uspokoiliśmy budzącego się co jakiś czas Petera i nie zapomniawszy o czujnych wartach zasnęliśmy...


#mieczprawdy:
Obrazek

Uzależniony od wielokropków...
"Talga Vassternich"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG5 - raporty z przygód
PostNapisane: 28 lis 2014, o 18:51  
Avatar użytkownika

Nawiedzający sny
Dołączył(a): 17 wrz 2013, o 17:14
Posty: 802
Lokalizacja: K-ów
Offline

21 October

Do śniadania udało nam się nazbierać kilka ziółek, wśród których – ku rozpaczy Petera – melisy wciąż nie było. Ten zaś zadał Jeresowi najdziwniejszy trening, jaki można sobie wyobrazić – wpatrywanie się w drzewo. Jak mu to miało pomóc – nie mam pojęcia. Zatroszczyć się jednak wypadało o obiad, więc ruszyliśmy do feralnego zagajniczka na małe polowanie.

Niedługo potem udało nam się odnaleźć tropy, a kolejne kilka chwil po tym – zza krzaków zaszarżował na nas łoś. Bardzo uparta bestia ponawiała swoje ataki trafiając w międzyczasie Jeresa, ale niespodziewane magiczne zdolności Avinashai ocaliły nas przed większymi stratami. Stało się to w momencie ku temu najlepszym, bowiem walka z dwoma przedstawicielami tego szlachetnego gatunku byłaby dużo trudniejsza. Zaopatrzeni w spore zapasy mięsa, trofeów i nową siłę w grupie – powróciliśmy do stojącego na straży pustego zajadu Petera.

Dzień upłynął na cierpliwym oczekiwaniu na nieuniknione ale nic z zapowiedzianych okropieństw się nie stało, więc rozszerzając wczorajszy program wart o czującego się trochę lepiej Petera posnęliśmy w „Nocnych Marzeniach”.



22 October

Wczorajszy trening Jeresa jednak nie był taki głupi. Albo sam nie wiem. Waham się, czy bardziej bezsensowne było wpatrywanie się w drzewo, czy skakanie przez całe rano na jednej nodze. Nie mnie to jednak oceniać. Stwierdziwszy, że nic się tu nie spali (choć nie wiem do końca na jakiej podstawie) postanowiliśmy opuścić w końcu to feralne miejsce.

Podróż tego dnia zakończył wieczorem niewielki zajazd „W drodze”...


#mieczprawdy:
Obrazek

Uzależniony od wielokropków...
"Talga Vassternich"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG5 - raporty z przygód
PostNapisane: 5 gru 2014, o 16:36  
Avatar użytkownika

Nawiedzający sny
Dołączył(a): 17 wrz 2013, o 17:14
Posty: 802
Lokalizacja: K-ów
Offline

23 October

Ostatnim ciekawym wydarzeniem wczorajszego dnia (a niewiele ich było) okazał się niejaki Duolc. Uraczył nas zadziwiającą historią nietrzeźwego wizjonera na temat tajemniczego miasta w chmurach. Gości „W drodze” nie za bardzo interesowała nasza grupa więc zainteresowaliśmy się sami sobą i grzecznie nawet poszliśmy spać. Sytuacja ta powtórzyła się rano, więc z braku chętnych na podziwianie coraz dziwniejszych i coraz mniej sensownych treningów Jeresa – zeżarliśmy śniadanie i ruszyliśmy w drogę i jakiś czas przed wieczorem o dziwo nie znaleźliśmy karczmy, a przytulną polanę, gdzie rozłożyliśmy obóz. Jednej warty brakło do tego, by noc minęła spokojnie... Jednej...



24 October

Ostatnia warta najpierw usłyszała, a potem zobaczyła zbrojnego przybysza zmierzającego wprost ku naszej polanie. Jak się później dowiedziałem – okazało się, iż zaprezentował on nader wiarygodny list gończy za naszym znajomym – Peterem. Ta wiadomość nawet zaczęła pasować do jego coraz dziwniejszego zachowania i na szczęście Clark i Estanatehi pomyśleli tak samo. W międzyczasie wstali wszyscy poza Perełką i samym zainteresowanym, któremu wczorajsza melisa widocznie pogłębiła sen. Gdy zamieszanie osiągnęło jednak krytyczny poziom hałasu – kolejnym środkiem nasennym okazała się włócznia Jeresa wraz z czarami Corlanto.

Ucieszony Strażnik ze Stonebridge skuł nieprzytomnego, a ustaliwszy przy okazji niewyjaśnione dotąd zagadki podpaleń, czarów, magicznych stworzeń, magicznej pogody oraz zabójstwa z „Nocnych marzeń” - tak obezwładnionego zaniósł do swego popasającego nieopodal rumaka i przerzucił go przez zad. Jeresowi udało się także podpaść ze swoim własnym listem gończym, który nie tak dawno pokazywał nam Peter. I chwilę potem potwierdził hipotezy podejrzliwego Baldwina rzucając się na niego z włócznią.

Trwającą sporą chwilę, mimo sporej przewagi, walkę w końcu zakończyliśmy zwycięstwem i nawet bez poważnych obrażeń. Podzieliwszy łupy i spaliwszy wszelkie dowody (łącznie z listem Jeresa) ruszyliśmy w dalszą drogę ze związanym i zakneblowanym Peterem. Jeńca pozostawiliśmy przed karczmą i w rytm skocznych pasterskich przyśpiewek załatwiliśmy kolację i zamykany pokój dla więźnia. Udało nam się nawet ominąć czujny wzrok karczmarza i wprowadzić go tam niepostrzeżenie. Poproszony – zostałem na straży, podczas gdy reszta udała się obmyślać wspólną wersję wydarzeń na jutrzejsze spotkanie ze strażnikami w Stonebridge, a następnie spać.



25 October

Początkowo myślałem, że zapomnieli wszyscy o Igrildzie i całej misji, bo cmentarz w Stonebridge minęliśmy bez mrugnięcia okiem ale potem zrozumiałem, że nie będziemy się przecież włóczyć i poszukiwać z Peterem, więc kroki swe skierowaliśmy wprost do strażnicy. Inav modlił się widać długo i żarliwie o przyjęcie naszej historii, bo dowódca Altmar nawet nie kazał odkneblować rozpoznanego bandyty. Dzięki temu uniknęliśmy trudnych pytań o Baldwina, choć de facto Peter wiedzieć wiele nie mógł przez swoją nieprzytomność. Kto tam jednak go wie, jakie jeszcze zdolności magiczne posiadał. Historia o poszkodowanej Perełce i jej dzielnych rycerzach zratowujących ja z rąk tego zwyrodnialca przekonała więc z łatwością naszego rozmówcę. Przyjęliśmy nagrodę i już spokojniej nieco (no, może poza Jeresem) powróciliśmy w okolice cmentarza.

Grabarz, otrzymawszy zapłatę z góry za przewodnicze usługi, poprowadził nas prosto na grób Igrildy. Niestety tenże grobowiec okazał się jedyną stałą w całej historii, bo pozostałe dwa autorstwa tegoż kamieniarza namieszały nam nieco w głowach. Perełka kontynuując rolę, a może i nie – ponownie się wzruszyła, jednak tym razem zasługa przypadła epitafiom, które znaleźliśmy tamże. Na grobowcu Igrildy von Austerlitz odnaleźliśmy następujące:

Zgasłaś, słońce świata. Nastały ciemności,
pozostał sam smutek dla tych, co zostali.
Wiem że tu Cię nie ma, jesteś gdzieś w oddali;
W miejscu, w którym kiedyś staną moje włości.
-----------------------------------------------
Bo nic to śmierć tak jak nic to życie,
Nie masz na to rady. A gdy odejdziemy
W objęciach Stwórcy pospołu spoczniemy,
Razem przez wieczność; na zawsze w zachwycie

I wszystko by pasowało, gdyby nie fakt, że bliźniaczy grobowiec bez żadnego imienia przedstawiał bliźniaczy tekst:

Ciemności nastały. Zgasłaś – świata słońce.
Dla tych, co zostali – sam smutek pozostał.
Gdzieś w oddali jesteś – jam się tu nie ostał
Tam gdzie będę kiedyś wiązać koniec z końcem.
-----------------------------------------------
Bo nic to – jak życie. Śmierć jest także niczym
Bo gdy odejdziemy – nie masz na to rady
Pospołu ze Stwórcą czekają obiady
Przez wieczność razem, z jasnym Twym obliczem.

Nie pomógł także oddalony od nich kolejny, skromniejszy i często widać nawiedzany, niestety – przez nie do końca właściwe osoby. Tam z kolei przeczytaliśmy:

Kiedyś tak bywało, tradycja to piękna,
że wszystkie turkawki pospołu chowano.
Widać gdzieś zgubione dla nas jest to miano.
Widać z samotności – jak me serce – pękła.

W odróżnieniu od bliźniaczego nagrobka Igrildy – tu nazwisko kiedyś zapewne było, ale tym razem zatarto je skutecznie. Z pomocą przyszedł Corlanto i, o dziwo, bredzący Duolc z jednego z poprzednich zajazdów. Wszystkich zaś podsumowaniem wspomógł Grabarz, który skierował nas „w objęcia Stwórcy” do miasta w chmurach – czyli gdzieś w góry. Udaliśmy się więc do karczmy by wszelkie „za” i „przeciw” takiego pomysłu omówić...


#mieczprawdy:
Obrazek

Uzależniony od wielokropków...
"Talga Vassternich"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG5 - raporty z przygód
PostNapisane: 6 gru 2014, o 15:35  
Avatar użytkownika

Nawiedzający sny
Dołączył(a): 17 wrz 2013, o 17:14
Posty: 802
Lokalizacja: K-ów
Offline

25 October

Podwieczorek w karczmie przyniósł kilka informacji. Wadosh słusznie ustalił, że człowieka dużo łatwiej, szybciej i wygodniej przepytać aniżeli książkę. Dlatego też pierwszym adresem, pod który zapukaliśmy był dom Łowczego. O dziwo legendarne określenie „objęcia Stwórcy” powiedziało mu dużo więcej niż się spodziewaliśmy, że powie. Dzięki temu jednak dostaliśmy bezpośrednie skierowanie do Sama – tutejszego grododzierżcy. Ten zgodził się nam opowiedzieć to i owo pod warunkiem zapewnienia mu dostatecznej ilości alkoholu. Chcąc nie chcąc – najszybciej udało się uzyskać lokalny wytwór osobisty, który szybko rozwiązał języki i nie tylko.

Niedługi czas potem odczytywałem na głos dziennik wyprawy górskiej pod wodza Toma Igsterberga, mającej miejsce w roku 2645. Historia opowiedziana przez jednego z dwóch ocalałych z tej wyprawy mówiła o sporej, acz nie do końca przygotowanej grupie amatorów górskich wędrówek, którzy nieszczęśliwie stracili przewodników i od tej pory zdani byli jedynie na siebie. Cudem uniknąwszy wielu niebezpieczeństw znaleźli oni po dwóch tygodniach od wymarszu schronienie w jaskini, a tuż za nią to, czego poszukiwaliśmy i my – objęcia Stwórcy. Oczywiście nikt z nas nie zamierzał tracić życia, a jedynie doświadczyć tego zachwytu nad tym, co tam widać mimo zapewnień Łowczego, że to tylko jedna z wielu niewyjaśnionych legend.

Musieliśmy przyznać, że faktycznie niewielu szukałoby informacji o poetyckiej metaforze u Łowczego, a ich potwierdzenia u kogoś takiego, jak śliniący się do Perełki Sam. Być może to ten samogon, a być może coś jeszcze, ale nie była mu Ona dłużna, więc przypomniałem Jej „delikatnie” o przykrywce w Stonebridge i uprzedzając grododzierżcę o konieczności bezpieczniejszego przechowywania tej przekazywanej z ojca na syna książki powróciliśmy do karczmy, gdzie nie potrzeba było już samogonu, by część drużyny skończyła pochrapując na stole.



31 October

Dni mijały spokojnie. Inav się modlił, Estanatehi dostarczała pożywienia, grupa szła raźno... Nawet pogoda dopisała. Cały spokój runął wczoraj, kiedy to na Melianę zza krzaków wyskoczyła rysica. Wszyscy natychmiast rzucili się na ratunek i choć zajęło to kilka chwil – Perełka została uratowana. Jak na porządną łowczynię przystało – Estanatehi ruszyła tropem przez siebie tylko usłyszanych dźwięków tylko po to, by po chwili wrócić jako podrapana, ale szczęśliwa opiekunka dopiero co osieroconego kociaka. Nie potrafię wyjaśnić dlaczego ten fakt tak zaczął przeszkadzać Jeresowi i Wadoshowi, ale nie wytrzymałem w końcu i wziąłem go w obronę. Co prawda Ellie raczej nikt nie śmiałby się przyczepić za sowę, a pająk Avi jest niezbyt wymagającym stworzeniem – to dopóki nikomu poza Estanatehi nie zaczęły ubywać w szybszym tempie zapasy, a buty nie stały się ulubioną zabawką pazurów – mogła sobie mieć nawet i wyvernę. Ryb w jeziorkach przy chatce też nikt nie myślał łowić – bo i jak, więc ruszyliśmy z rana i kontynuowaliśmy naszą podróż na wschód. Coraz bardziej strome szlaki dały nam jasne przesłanie – góry coraz bliżej... Przygoda z Musangiem (a już zwłaszcza wzięcie go w obronę), bo tak Estanatehi ochrzciła małego rysia pozwoliła mi na lepsze poznanie nie tylko samej łowczyni, ale także zapaliło (Wadosh mi zaglądał przed chwilą przez ramię) we mnie nieznaną chęć poznania tego tajemniczego języka, którym się cały czas posługiwała.

***

<Tu następują słówka i zwroty w języku błotnych ludzi, których Loth się uczył od Estanatehi przez spokojne dni wędrówki> :D

***

5 November

Zmęczeni, niewyspani (zwłaszcza Avi i Kael) i zziębnięci ruszyliśmy w dalszą drogę. Wczorajszego wieczora nieźle stracha nam napędziła latająca stodoła, o której chyba wspominał Łowczy ze Stonebridge. Przetestowała szybkość naszego biegu w trudnym terenie, a przy okazji zmieniła nam kierunek marszu na północ. O niczym innym nie marzyliśmy już, jak tylko o tym, by faktycznie spocząć w objęciach Stwórcy, a nie w objęciach ogromnej dorosłej wyverny, która przegnała nas ze znalezionej wczoraj polany. Dodatkowa mgła jeszcze bardziej utrudniała nam orientację w terenie, a mnie dręczyło jakieś dziwne przeczucie, że z lasem, przez który przechodzimy, jest coś nie tak.

Skalna ściana wyłoniła się także w jedenastym dniu podróży. Być może tempo mieliśmy nieco wolniejsze, ale zapasami i kondycją przewyższaliśmy zapewne tych, których przygody czytaliśmy tak niedawno. Zagadkę lasu udało mi się rozwiązać. Regularnie rosnące drzewa oznaczały ingerencję ludzką, a gdy chwile później Kael dostrzegł jedną z ostatnich gnijących śliwek uzmysłowiliśmy sobie, że szliśmy przez jesiennie ogołocony sad. Kontynuowaliśmy więc sadem podejście do ściany, by zgodnie z notatkami Toma Igsterberga mieć ją dosłownie „na wyciągnięcie ręki”. Tuż przed dyskusją nad kierunkiem, który powinniśmy obrać – również Kael dostrzegł kolejny ślad człowieka.

Zauważona przez niego dziwna deska okazała się częścią ruin jakiegoś gospodarstwa zmyślnie ukrytego w dziczy, a w czasach, gdy się nie rozpadało – ukrywającego dodatkowo ziejące teraz ciemnością ze skalnej ściany niewielkie wejście do jaskini. Nie znalazłszy nic ciekawego w ruinach skupiliśmy się na jaskini. Udało mi się stworzyć prowizoryczną pochodnię, która ku naszemu zdziwieniu odkryła przed nami sekret jaskini, którym była skryta biblioteka. Nic dziwnego, że przez tyle lat jej szukano, skoro watahy wilków, lawiny i wyverny musiały przegonić łowców skarbów po terenie, żeby trafili w to miejsce.

Dużo bardziej intrygowało nas jednak, co jest w tych wszystkich księgach, które tylko w Stwórcy znany sposób przetrwały tu wilgoć, wiatry i te wszystkie lata. W pierwszej rozsypującej się księdze uchował się jeden wiersz, który przytaczam:

Fioletowe góry
zapadają w mgły,
ciemnieją lazury -
jakby w głębię szły.

Złoty róg miesiąca
sieje poblask mdły -
lasów wiatr nie trąca,
jakby do snu szły.

Potok wciąż głośniejszy
rwie się jak zwierz zły -
smutek wciąż czarniejszy -
coraz gęstsze mgły.

Clark bez zawahania orzekł przynależność stylu do Joachima, a kolejna księga ze znanymi nam już tekstami potwierdziła jedynie te przypuszczenia. Znaleźliśmy jednak coś więcej. Jedna księga była zapisana zupełnie innym stylem zarówno pisma, jak i wypowiedzi:

Moja tęsknota
do niewidzialnej kochanki,
jak lilia złota
marznąca w zimne ranki.
Lecz żaden duch z zaświatów
skrzydłami nie oprzędnie -
oh, tyle więdnie
kwiatów...
viewtopic.php?p=29985#p29985 ,

viewtopic.php?p=32232#p32232 .

Ostatni tekst przykuł naszą uwagę szczególnie zwłaszcza, że chwilę później znaleźliśmy namacalne potwierdzenie jego co najmniej rzekomej prawdziwości. Zauważony odblask pod kamieniami okazał się być dziwnym przedmiotem o nikłej zielonkawej poświacie. Nie zdążyliśmy nawet pomyśleć o jakimkolwiek pytaniu, dlaczego przedmiot nie jest chroniony zgodnie z tekstem potężnymi czarami. Nikomu jednak to nie przeszkadzało... Oby tak pozostało... Pobieżne zbadanie znaleziska nie nasunęło nam żadnych innych wniosków, więc kontynuowaliśmy poszukiwania „objęć Stwórcy”. Nie zawiedliśmy się. Stromo wznoszący się ku górze tunel zakończył się skalną półką niemal u szczytu góry, z której widok w istocie był boski... Zachwyt nad rysującą się przed nami panoramą odebrał nam dech w piersiach...


#mieczprawdy:
Obrazek

Uzależniony od wielokropków...
"Talga Vassternich"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG5 - raporty z przygód
PostNapisane: 8 sty 2015, o 21:38  
Avatar użytkownika

Starszy Skryba
Dołączył(a): 22 lut 2010, o 21:36
Posty: 829
Lokalizacja: Elbląg
Offline

6 - 11 November.

Jaskinia oraz same Objęcia Stwórcy, jakkolwiek bardzo piękne, nie przedstawiały sobą wartości żywieniowych lub materialnych, należało więc przypuścić odwrót. Widziane w dali wieże strażnicze na przełęczach były odległe a dotarcie do nich mogło wiązać się z utratą życia lub zdrowia, zdecydowaliśmy więc że wrócimy do jedynego znanego nam miejsca w okolicy - do StoneBridge. Podróż, jakkolwiek męcząca, nie przyniosła żadnych niebezpiecznych przygód, może poza upadkami z drzewa podczas zbioru jabłek, potknięciami czy wywrotkami na śliskiej nawierzchni. Kolegom udało się za to pozyskać nieco surowców naturalnych oraz zielska na potrzeby alchemii. Estanatehi nadal próbowała tresować małego Rysia którego nazwała Musang - zwierzak był wyjątkowo oporny na wiedzę ale z czasem coś - niecoś zaczął pojmować. Pająk Avi był grzeczny i nie naprzykrzał się nam podczas postojów. Ostatniej nocy Estanatehi upolowała nawet dzika więc w końcu mogliśmy zjeść coś poza surowizną.

12 November.

Około południa Kaelas usłyszał dziwne dźwięki dochodzące z oddali. Okazało się, że kilku drabów tłucze pałą leżącego na ziemi a zakutego w blachy rycerza. Kapłan dał przykład jak powinien postępować dobry sługa Stwórcy ruszając na wroga z kosturem w garści - wiara to jednak dobra rzecz, ja bym raczej wystrzelał łachudrów zza osłony drzew. Szarża Inava dała jednak rezultaty, gdyż potężnie zaskoczeni przeciwnicy nie wiedzieli zrazu, co jest na rzeczy. To dało czas innym na skrócenie dystansu i po niedługiej chwili trup gęsto zaścielił trawę na polanie.

Zratowany rycerz - Zawisza Czorwony herbu Sulima podziękował nam wylewnie za ocalenie. Zbóje ponoć naszli go chwili słabości i chcieli uczynić rabunek, w czym skutecznie przeszkodziliśmy. Wielmożnego rycerza trapiły dolegliwości żołądkowo - jelitowe, co snadnie można było wyczuć, a także usłyszeć. W dalszą drogę udaliśmy się już razem - Zawisza konno, my zasię pieszo. Przed wieczorem stanęliśmy w progu karczmy w StoneBridge.

Wieczór już nastał, więc w karczmie jak raz tłoczno było i gwarno. Na koncerty za głośno, ale na piwo w sam raz. Estanatehi ruszyła grać w kości z przypadkowo poznanymi młodzieńcami. Jako że nie była doświadczonym graczem dała się namówić na rozbieraną wersję gry, co panowie skwitowali obślinieniem sobie obliczy. Zdegustowany Inav opuścił lokal.
Tym razem miała jednak szczęście Błotna Kobieta gdyż gra ułożyła się dla niej wyjątkowo dobrze. Wygrała do zera puszczając przeciwnika bez gaci, uprzednio zobowiązując go do postawienia wszystkim kolejki Bobra. Sala ryczała ze śmiechu, aż mury drżały, a Zawisza śmiejąc się dzwonił pancerzem i uzbrojeniem, popiardując uciesznie.
Perełka również chciała spróbować tej jakże wspaniałej gry, zagrała więc pojedynek z Corlanto. Niestety, początkowe sukcesy nie przełożyły się na końcowy wynik i Corlanto, chociaż został ledwie w majtach, zwyciężył. Tym razem to Perełka leciała nago po kolejkę piwa, z czego zadowoleni byli wszyscy goście karczmy z wyjątkiem Inava, który nadal modlił się na zewnątrz. Stwórca jednak wzgardził jego modłami tak brutalnie, że młody kapłan nie zdzierżył napięcia i ruszył pędem do bordelu rozładować emocje.

Naraz dolegliwości Zawiszy nasiliły się znacznie i zwalił się on z ławy na klepisko, wijąc z bólu. Odpytana karczmarka nie słyszała o cyruliku w okolicy, jednakże znała przepis na eliksir łagodzący dolegliwości. Na szczęście panowie alchemicy posiadali potrzebne składniki a te których brakowało znalazły się w karczemnej spiżarni. Wadosh bez pudła uwarzył napar a napojony Zawisza zaraz poczuł się lepiej. Odprowadzon do pokoju zasnął snem sprawiedliwego, uprzednio obiecując piromanowi szkolenie. Grupa wróciła do izby wspólnej na kolejne piwo, natomiast Wadosh spróbował wygrać w kości kilka marek potrzebnych mu na zakup pancerza do treningów z Zawiszą. Niestety, odniósł porażkę. Zdołowany próbował jeszcze podpalić w zemście budynek stojący na uboczu wioski, jednakże zauważony przez mieszkańców w trybie pilnym wrócił do karczmy. Zrobiło się późno i trzeba było udać się na spoczynek.

13 November.

Późnym rankiem udaliśmy się na ryneczek celem nabycia rzeczonego pancerza. Pancerz znalazł się całkiem szybko, niestety Wadosha niespecjalnie było na niego stać. Pożyczyłem mu kilka marek - a co mi tam, niech chłopak ma - może kiedyś ten jego pancerz zratuje mi życie?

Nastał czas wyjazdu i pobrawszy trochę zapasów, ruszyliśmy w stronę stolicy.


Pisałem własną ręką,
Rajek, Pierwszy Skryba.


Zaskakujący w smaku, zapachu i kolorze... Rajek. Orzeźwiający a delikatny, słodki a wyrafinowany, piwny a aromatycznie żurawinowy.
Czarny a czerwony.
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG5 - raporty z przygód
PostNapisane: 8 sty 2015, o 21:39  
Avatar użytkownika

Starszy Skryba
Dołączył(a): 22 lut 2010, o 21:36
Posty: 829
Lokalizacja: Elbląg
Offline

Pierwszy nocleg nie był zbyt spokojny, wilki w liczbie trzy próbowały skonsumować nas na kolację. Niestety stało się inaczej, choć tylko jeden basior położył głowę pod, jakby tu rzec, topór Lotha.

14 November.

Następnego dnia w okolicy południa dotarliśmy do wioski - zadbanej, eleganckiej i wytwornej. Karczma też była wytworna, miała nawet tablicę ogłoszeń - dzięki temu dowiedzieliśmy się m.in. że w tartaku potrzeba pracownika (sprawę zbagatelizowałem) oraz że wyznaczono nagrodę za schwytanie włamywacza (to już było ciekawsze). Inny gość szukał łowców przygód (super). Ślad za włamywaczem był nikły, Barman nie wiedział zbyt dużo na temat złoczyńcy, zaś zleceniodawca przygód wyjechał i miał się pojawić dopiero jutro. Należało czekać.

Czekaliśmy więc popijając piwo, zagrałem kilka pieśni, zapewniliśmy sobie nocleg, zeżarliśmy karczmarzowi pół zapasów, ot, zwykłe leniwe popołudnie. Po zapadnięciu zmroku wybrałem się sprawdzić, czy jeszcze pamiętam umiejętności ćwiczone dano temu. Domek stojący na uboczu był odpowiedni. Cichy, pusty... Nic, tylko otworzyć... Niestety, na tej czynności zdybali mnie strażnicy, i po raz pierwszy w życiu udało mi się trafić do pierdla.

Nie było tam wcale źle, może trochę wilgotno, ale zawarłem ciekawą znajomość z kumplem spod celi, który posiadał konkretne wieści na temat poszukiwanego włamywacza. Gość był na tyle miły że obiecał zorganizować spotkanie z szefem lokalnej szajki. Ślad był ciekawy i warto było go sprawdzić. Kolegom z drużyny wcale się nie spieszyło żeby wyciągnąć mnie z lochu, na szczęście strażnicy okazali się być tolerancyjni i za mniej lub bardziej skromną opłatą wypuścili mnie z mamra. Zapłaciłem też kaucję za Kristopha, towarzysza niedoli, który swoimi kanałami zbadał kilka spraw i następnego dnia stawił się w karczmie, jak umówiono.

15 November.

Najpierw należało przesłuchać pana Marka de Solls, któren to szukał poszukiwaczy przygód. Ponoć należało miecz znajdujący się w grobowcu przodków Marka. Szef tutejszych złodziei płacił za miecz wprawdzie gorzej niż sam zleceniodawca, ale posiadał kontakty i umiejętności którymi mógł znacznie przebić ofertę de Solisa.

Sam grobowiec wyglądał bardziej jak krypta. W środku było kilka pomieszczeń, zagadki, łamigłówki, szarady... Nie rozumiem budowniczych grobowców. Zamiast silić się na taki polot, mogliby po prostu założyć drzwi i solidny zamek. A tak biedni poszukiwacze muszą szukać napisów, grać na instrumentach, rozumieć metafory, unikac pułapek... za grosz szacunku dla Hien Cmentarnych. Trzeba to jak najprędzej zmienić. Koniec końców miecz udało się odzyskać, aczkolwiek prawie się w nim udusiliśmy.

Krostoph, jak obiecał, tak uczynił - zaprowadził nas do szefa o dziwnym, acz dobrze widzianym w branży pseudonimie Kasjer, który zapłacił za miecz całkiem pękatą sakiewką. Umówiliśmy się na następny dzień, aby wyruszyć we wspólną podróż do stolicy Togressy. Ciekawe, czego nowego imć pan Kasjer będzie mnie mógł nauczyć?


Pisałem własną ręką,
Rajek, Pierwszy Skryba.


Zaskakujący w smaku, zapachu i kolorze... Rajek. Orzeźwiający a delikatny, słodki a wyrafinowany, piwny a aromatycznie żurawinowy.
Czarny a czerwony.
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG5 - raporty z przygód
PostNapisane: 18 sty 2015, o 23:25  
Avatar użytkownika

Nawiedzający sny
Dołączył(a): 17 wrz 2013, o 17:14
Posty: 802
Lokalizacja: K-ów
Offline

16 November

W karczmie przysiadł się do nas nowy. Z nieznanych przyczyn zaczął się wkupywać w nasze łaski poprzez kolejne postawione kolejki. Jak zwykle czujni i obeznani z niebezpieczeństwami świata wędrowcy miast podziękować i grzecznie potraktować takiego jegomościa – urządziliśmy mu przesłuchanie, którego żadna straż miejska (a może nawet i jakaś tajna królewska) by się nie powstydziła. W związku z powyższym wymarsz się opóźnił, co poskutkowało koniecznością noclegu pod chmurką. William Berles, bo tak się nasz nowy towarzysz nazywał nie dostał warty na początek, ale w sumie jawna niechęć już przeszła większości. Wydawać by się mogło, że zjednał sobie porównywalną ilość osób do tej, którą do siebie zraził.

Surowa dziczyzna nadzwyczaj mi zasmakowała a także i „nowy” nie pozostawał w tyle za Estanatehi. Muszę przyznać, że coś w tym jest – faktycznie można się poczuć jak prawdziwy drapieżca i chyba wolę współdzielenie uczuć z drapieżcami niż z ofiarami. Już pierwsza warta nie wykazała się przesadnie, bo obudziły mnie odgłosy walki Clarka z dzikiem przeplatane z donośnym chrapaniem Corlanto.

Także i drugiej warty nie dane nam było przespać. Tym razem obudził większość z nas dosłowny grom z ciemnego nieba, który z niewiadomych mi racji upatrzył sobie za cel Inava. Płonącego towarzysza poratowałem wodą z kałuży, w której wcześniej kąpiel brała naga aktualnie Estanatehi. Wolę się chyba nie domyślać co tu zaszło.



17 November

Wygląda na to, że nie dane było nam przespać tej nocy. Choć jedna warta minęła zupełnie bez przygód, to w czasie ostatniej Avinashai nagle zaczęła się krztusić własnym pająkiem. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować – zagrożenie zdrowia na szczęście zostało usunięte z dróg oddechowych Avi w sposób naturalny.

Zebranie się do wyjścia znów zajęło nam trochę czasu zważywszy na stan Inava i konieczność przygotowania dla niego noszy, ale jeszcze przed południem udało się dotrzeć do karczmy, w której moglibyśmy spać bez przygód, gdyby nie stracony wczorajszy poranek. Pełen zagadek Will wprosił się bez pytania i pozwolenia do najbliższej chaty, ale gospodyni tejże szybko wybiła mu chochlą z głowy takie niekulturalne pomysły.

Uzyskując w ten sposób kolejne „zwłoki” do targania weszliśmy w końcu do karczmy, gdzie naszą reputację w tej trzybudynkowej osadzinie uratowała Estanatehi uzupełniając tamtejsze niedobory mięsa. Zadowolony Karczmarz poradził ratunek dla Inava w postaci swojej przemiłej żony, którą oczywiście okazała się najnowsza „przyjaciółka” Willa. Na szczęście udobruchana przez Avi zajęła się Inavem i choć nie w każdym momencie wyglądało to i brzmiało naturalnie, to ostatecznie przytomność Inavowi wróciła. Nie wiem jeszcze czy byłem jedyną osobą, która zauważyła, że wrócił z tych błogich stanów odmieniony; będę musiał to sprawdzić.

Odzyskawszy kompana powróciliśmy do karczmarza, gdzie szybko dowiedzieliśmy się, że ostatnia z widocznych chat należy do zabłąkanego łowczego, o egzotycznym imieniu Mau. Opisy z jego pamiętnika różniły się nieco od tego, co usłyszeliśmy o jego ostatniej wyprawie łowieckiej, ale początkowa część pokrywała się w obu wersjach, więc oczywiście udaliśmy się... ...do karczmy. To chyba dobrze, że nocne wędrówki nie przekonują nas tak bardzo.



18 November

Prawie z rana ruszyliśmy opisaną w dzienniku łowczego drogą. Na jej końcu odnaleźliśmy jaskinię, a tuż za nią przepiękny wąwóz rozświetlony przez zachodzące, acz jeszcze rażące promieniami słoneczko. Widok z półki skalnej, na której się znaleźliśmy, co prawda nie umywał się do tego z „Objęć Stwórcy”, ale też aż tak daleko za nim w tyle nie pozostawał. Naszą uwagę przykuło jednak widoczne poniżej półki ciało. Odnaleziony w ten sposób łowczy Mau ledwo miał siły, by odpowiedzieć na nasze wołania.

Licząc na swoje umiejętności zaoferowałem się zejść po poszkodowanego amatora „widoczków” i powierzyłem drugi koniec przywiązanej do mnie liny Jeresowi. Cóż... ostatni raz. Narzekając na skręconą kostkę przywiązałem najpierw poszkodowanego do liny, a chwilę po nim – także zostałem wyciągnięty na górę. Ból nie pozwoliłby mi dojść z powrotem do karczmy, więc jako zupełny prekursor autonapraw nastawiłem sobie kostkę i odstawiliśmy zgubę do domu. Wdzięczność karczmarza objawiła się tym razem darmowym wiktem i opierunkiem. Choć do rana nie zostało już wiele czasu – udało nam się jeszcze pospać, a niektórym nawet wyspać...


#mieczprawdy:
Obrazek

Uzależniony od wielokropków...
"Talga Vassternich"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG5 - raporty z przygód
PostNapisane: 7 lut 2015, o 18:47  
Avatar użytkownika

Mściwa
Dołączył(a): 24 sie 2013, o 20:44
Posty: 171
Lokalizacja: Oława/ Wrocław
Offline

19 November
Byliśmy w połowie drogi od Stonebridge do Togressy. Idąc drogą po jakimś czasie zauważyliśmy ślady powozu. Po długim marszu w lesie dostrzegliśmy wóz, a wokoło niego leżące ciała. Przy nich stało dwóch mężczyzn, którzy na nasz widok uciekli. Estanatehi obszukała wóz i nagle za górki wybiegł mężczyzna w miarę przyzwoitych szatach. Dowiedzieliśmy się od Niego, że jeden z zabitych to szlachcic Henry. Pochowaliśmy Pana Henriego, a resztę zwłok spaliliśmy. Joel bo tak się nazywał zabrał się z nami. Wieczorem gdy rozbiliśmy obóz siedzieliśmy przy ognisku i zajęliśmy się kolacją. Noc minęła w miarę spokojnie. Jednak Joel w nocy strasznie krzyczał przez sen o jakimś zdrajcy, bandzie czarnego i poczciwym szlachcicu…


20 November
Ranek okazał się pełen podejrzeń co do nowego nie zbyt chcianego towarzysza. Ponowne przesłuchania nic nie dały, a co najdziwniejsze to kawałek kuli, który znaleźliśmy jakiś czas temu zaczął dziwnie wibrować. Zebraliśmy się wraz z Joel’em i poszliśmy dalej. Dotarliśmy do leśniczówki, a drzwi otworzył nam drwal. Zaprosił nas do ogródka, a tam zaczęliśmy spożywać napoje wysoko procentowe oraz się posilać. I tak zakończył się kolejny dzień…



21 November
Obudziliśmy się z okropnym kacem. Pozbieraliśmy się i ruszyliśmy, a za niedługo byliśmy już w Togressie. Odprowadziliśmy Joel’ a do straży. Potem nadszedł czas zakupów. Estanatehi szukała łuku, Clark kartek i czegoś do pisania, ażeby przepisać ballady zanim oddamy je księciu. Wieczorem udaliśmy się do karczmy napić się i przenocować. Jedni spożywali różnego rodzaju płyny inni szukali kobiet.



22 November
Wstaliśmy tym razem bez żadnych nieprzyjemnych rewolucji . Wychodząc napadli nas bandyci, którzy chcieli od nas ballad. Byli oni bandą od czarnego, Joel okazał się być zdrajcą. Chciał dobrać się do posiadłości Szlachcica Hennrego. Po ciężkiej lecz wygranej walce ranni znaleźliśmy się u Austerlitz’a...


"Najlepsze intencje mogą spowodować największe szkody."

"Możesz zniszczyć tych, co mówią prawdę, lecz prawdy nie zniszczysz."

"Znacznie trudniej jest sądzić siebie niż bliźniego. Jeśli potrafisz dobrze siebie osądzić, będziesz naprawdę mądry"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG5 - raporty z przygód
PostNapisane: 8 lut 2015, o 21:15  
Avatar użytkownika

Nawiedzający sny
Dołączył(a): 17 wrz 2013, o 17:14
Posty: 802
Lokalizacja: K-ów
Offline

24 November

Sophie wróciła dziś z zakupów z wieścią niepokojącą, ale nie aż tak zadziwiającą. Fakt, że ona, a więc także i my, objęci zostaliśmy obserwacją był dokładnie taki na jaki brzmiał. Baronówna nie chcąca najwyraźniej poślubić księcia miała wszelkie podstawy do tego, by do zaręczyn lub zaślubin z aktualnym księciem Togressy nie dopuścić. Chwilę potem okazało się, że faktycznie nie liczyła się z kosztami. Wśród wielu pomysłów – pierwszym w miarę sensownym okazał się ten, by wysłać nie do poznania odmienioną Avinashai w stronę pałacu. Niestety pierwszy sensowny nie oznaczał dobrego chociażby dlatego, że nie posłaliśmy jej nikogo jako ubezpieczenia. Avi wróciła już po chwili wystraszona do bladości, ale na szczęście cała. Wróciliśmy więc do burzy mózgów.

Próba z fałszywym listem również się nie udała mimo tego, że pomysł wydawał się być prosty. Służący wrócił jeszcze bardziej blady i jeszcze bardziej przestraszony niż Avi, po czym oddalił się mrucząc pod nosem coś o strzałach pod stopy. Dłużej nie mogła z tymi wieśćmi wytrzymać Estanatehi, która udała się zdenerwowana na dach. Po chwili wróciła, a jej mina tłumaczyła wszystko. Nagle zrozumiałem, dlaczego nie robiła jak niektórzy karbów na swym łuku przy każdym pozbawionym życia człowieku. Ich po prostu było zbyt wielu... i nie sądzę, że którykolwiek z nich był niewinny...

Próbując wykorzystać chwilową przewagę – puściliśmy się pędem w stronę poczty. Nie zwróciliśmy specjalnej uwagi na brak zestrzelonych przed chwilą przez Estanatehi ciał – a powinniśmy. Po raz kolejny już postanowiliśmy, że nasi przeciwnicy są głupsi od nas. Niestety oni mieli inne zdanie... Ci, którzy pozostali na swoich posterunkach zapewne szybko donosili rozkazodawcom o naszej drodze ucieczki, ale nas to oczywiście nie obchodziło. Tru oddał się procesowi przyspieszonego trzeźwienia przy pomocy wody z fontanny i okrężną drogą – licząc z niewielką nadzieją na mniej kłopotów – ruszyliśmy w stronę pałacu księcia.

Kilka uliczek dalej nasze marne planowanie przyniosło w końcu nieunikniony rezultat. Drogę zastąpił nam sam sir Tomas Młot we własnej osobie, któremu na wszelki wypadek towarzyszyło kilku kompanionów i realna groźba, że będzie ich coraz więcej. Już niemal skończyliśmy z obecnymi pomocnikami Młota, gdy Estanatehi musiała w swoich celach umieścić kuszników, którzy dachami w końcu dotarli na miejsce naszej potyczki. Oczywiście nie poszło nam to idealnie. Ran przybywało i stawały się coraz poważniejsze – czas gonił... Mimo nawoływań do odwrotu – hasło nie znalazło siły przebicia w zdeterminowanych do zakończenia pojedynku kompanionach.

Wprawdzie kusza na dachu wciąż pozostawała realnym zagrożeniem, ale w końcu dopięliśmy swego. Nędzny żywot sir Młota został przeze mnie zakończony, choć pozbawić kogokolwiek udziału i zaszczytu w tym przedsięwzięciu nie sposób. Cały zgiełk jakby przycichł. Pierwsza pomoc udzielona Kaelowi, Jeresowi i Tru musiała wystarczyć. O dziwo cel podróży został osiągnięty. Los jednak po raz kolejny pokazał nam, gdzie nasze miejsce, bo nasze wołania o pomoc spotkały się z przedstawicielami służbistów w pałacowej straży. Nie pomogły prośby i groźby. Dopiero wspomnienie o księdze poszukiwaczy wzbudziło jakiś ruch i w końcu zaowocowało uzyskaniem "w miarę bezpiecznego" azylu wewnątrz pałacowych murów.

Kwilący z bólu ranni nie wzruszali kolejnych biurokratów na naszej drodze. Ustalenie obecności naszych nazwisk w księdze też nie zmieniło wiele. Po raz kolejny użyliśmy próśb i gróźb robiąc hałas, którego książe nie mógł nie usłyszeć. W pewnym sensie o to nam chodziło. Oto nadszedł i Emerald – książę Togressy. Jego entuzjazm został szybko ugaszony przez porywczość Willa i Kaela, więc dostałem oddział do ochrony (także przed ucieczką), dzięki któremu nie musząc się martwić o niczyje nękanie dostarczyłem wszystkie znalezione przez nas rękopisy Joachima do pałacu. Szczęśliwie – bez Młota podwładni baronówny już tacy zorganizowani nie byli.



27 November

Zanim pałacowi przebadali dokładnie rękopisy – czas mijał nam w książęcych... ...lochach. Orżnięci na kasę przez drugą stronę umowy dostaliśmy całkowity zakaz wstępu do Togressy pod wieloma różnymi groźbami. Zapewne więć jeszcze się tu kiedyś pokażemy...Książe przetrzymał nas dwie noce w pałacu i na trzeci dzień wypuścił pod powyższymi warunkami. Obejrzawszy się (niektórzy nawet nie) z pogardą na mury i kilka miłych znajomości tam zawartych zapatrzyliśmy się w widnokrąg na południu, gdzie czekała nas przygoda nowa, o której wszechwiedzące majestaty Emeralda i baronówny (niech Stwórca czuwa nad ich szczęśliwą miłością po wsze czasy i obdarza od czasu do czasu wszami) dowiedzieć się nie zdołały. Tajemniczy klucz wciąż nie został skompletowany, a zamek, to którego pasował – wciąż pozostaje nieznany...


#mieczprawdy:
Obrazek

Uzależniony od wielokropków...
"Talga Vassternich"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG5 - raporty z przygód
PostNapisane: 8 lut 2015, o 22:54  
Avatar użytkownika

Nawiedzający sny
Dołączył(a): 17 wrz 2013, o 17:14
Posty: 802
Lokalizacja: K-ów
Offline

27 November

Niedaleko za Togressą Wadosh chciał dać upust swoim emocjom poprzez podpalenie czegokolwiek, co zechciałoby się palić. Zrozumiały w związku z niedawnymi wydarzeniami fakt umknąłby naszej uwadze, gdyby tylko nie wybrał sobie kępy krzaków, w której schronienie aktualnie miała niejaka Shana. Oczywisty sentyment wzbudziła ona w Trucjanie, który nie musiał nawet nic mówić – złodziejskie płaszcze z Aydindrill wyglądały niemal identycznie.

O dziwo to Wadoshowi udało się podejść tego wieczora zwierzynę i zapewnić nam kolację, a sobie kolejne piękne skóry. Tym dziwniejszym był fakt, że to Kael rozpalił płomienie, które do tej pory nie chciały Wadoshowi towarzyszyć. Wieczorne pogawędki przerwała nam dziwnym bulgotem wyłaniająca się z mroku postać. Niezrozumiałe dźwięki szybko powróciły na tory wyraźnej mowy po kilku policzkach wymierzonych przez Kaela. Pozwoliło nam to dowiedzieć się, że rozmawiamy z niejakim Yksem. Ten natomiast podzielił się swoim regionalnym wyrobem skrzętnie przechowywanym w ukrywanej za pazuchą butelczynie. W zamian za to pozwoliliśmy mu ogrzać się przy naszym ognisku, oraz uszczknąć nieco pieczonej sarniny. Yks zrewanżował się niemal natychmiast opowieścią o mieście w chmurach.

Dzwonki ostrzegawcze niemal natychmiast zadźwięczały nam w głowach. Już gdzieś to słyszeliśmy... Tym razem poznaliśmy więcej szczegółów: żółte owoce, spadanie, ból po upadku... cóż... widocznie rajskie miasto nie było tak gościnne jak by się wydawało ale podobno uczta była warta wszelkich cierpień. Kolejna historia opowiadała o świątyni złego bóstwa pełnej złych kultystów. Od razu jednak wędrowiec zaznaczył, że w odróżnieniu od pierwszej – ta opowiastka jest jedynie legendą, której zdesperowane matki używają do utrzymania w ryzach niegrzecznych barchorów. Legenda, opowiadał dalej, głosiła, że nie całe zło dało się usunąć z tamtych ruin, a gospodarzem jest tam dziwne oko, którego moc jest niewyobrażalna. Tak ukołysani do snu ustaliliśmy warty, po czym... ...związaliśmy naszego gościa... Nie podobało mi się to, ale cóż... każdemu się czasem zdarzało usnąć na warcie, więc lepiej uważać na człowieka niosącego wieści zarówno o złu wcielonym i o raju... Znaleźliśmy przy nim także chustę z dziwną, przepięknie pachnącą żółtą plamą i cóż... tym razem musieliśmy przewartościować nasze światopoglądy, albo obalić tę niedorzeczną teorię... Yks nawet się nie obudził w trakcie wiązania i kneblowania... Ehhh... Pierwsi wartownicy stanęli na straży...



28 November

Nie potrafię wyjaśnić jak przespałem to, co się stało. Dość o tym, że próbowali go spalić – gdy się obudziłem – Yks nie żył zabity celnym rzutem Wadosha. Nawet znaki Stwórcy dla Inava go nie uratowały, a sam Inav zebrał prochy przybysza z raju do słoja, którego zaczął odtąd pilnie strzec. Pięknie pachnącą chustkę przywłaszczył sobie najpierw Jeres, a ostatecznie skończyła ona u Avi.

Koło południa dopiero zobaczyliśmy wioskę, a tuż przed nią dymiący zdrowo warsztat – kowalski, jak się okazało chwilę później. Przywitał tam nas niejaki Hans Kloc, który z Wadoshem przehandlował swoje ostatnie trzy pochodnie, czym zakończył niemal etap wyprowadzki "w świat daleki" i zaoferował nam swoje towarzystwo. Zadziwiająco szybko w porównaniu do Willa przyjmowaliśmy ostatnio znajomych do naszej wesołej kompanii. Shana, Hans, Xero – jak tak dalej pójdzie, to karczma może się okazać zbyt mała nawet jak wynajmiemy wszystkie dostępne pokoje.

Chcąc przetestować tę teorię podążyliśmy już z Hansem w stronę karczmy. W środku dnia oczywiście było pusto, ale na szczęście pani karczmarzowa zdążyła już uwarzyć pyszny rosół i bigos. Niewiele myśląc – rozsiedliśmy się i zamówiliśmy najpierw rzeczony obiad, a potem uzupełniliśmy (niektórzy aż z nadwyżką) płyny. Karczmarz przypomniał nam temat miasta w chmurach, która słyszana po raz trzeci już – zaczęła nam powoli krążyć we krwi i budzić zew przygody. Przygody czekały jednak na nas dużo bliżej. Siostrzeniec, czy tam bratanek Karczmarza zaalarmował nas o podążającym naszym śladem dziwnym obłym cieniu.

Szybko podjęliśmy działania i poza brakiem widocznych efektów działań Wadosha – uszkodziliśmy cień na tyle, że rozpłynął się w nicość zabierając ze sobą także prochy Yksa, które nieopacznie otworzył Inav mając zapewne nadzieje dokonać jakiegoś egzorcyzmu. Odczuwany przez wszystkich przyglądających się temu zjawisku chłód skłonił Karczmarza do postawienia nam czegoś bardziej rozgrzewającego.

Miejscowi, którzy zaczęli się schodzić, nie pomogli nam w rozwiązaniu żadnej z zaobserwowanych tajemnic, więc Jeres wziął się za grę w kości. Najpierw ograł chłopa, a później za część jego pieniędzy odkupił od niego cały zestaw do gry. Był to jeden z lepszych przykładów zarządzania funduszami, po którym to wydarzeniu, w związku z zapadającym zmrokiem – posnęliśmy.


#mieczprawdy:
Obrazek

Uzależniony od wielokropków...
"Talga Vassternich"
Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 15 ] 

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
cron

World of Warcraft phpBB template "WoWMaevahEmpire" created by MAËVAH (ex-MOONCLAW) for EMPIRE guild (v3.0.8.0) - wowcr.net : World of Warcraft styles & videos
© World of Warcraft and Blizzard Entertainment are trademarks or registered trademarks of Blizzard Entertainment, Inc. in the U.S. and/or other countries. wowcr.net is in no way associated with Blizzard Entertainment.
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL