Teraz jest 21 lis 2018, o 16:01



Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 17 ] 
Autor Wiadomość
 Tytuł: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 15 wrz 2014, o 19:59  
Avatar użytkownika

Starszy Skryba
Dołączył(a): 22 lut 2010, o 21:36
Posty: 829
Lokalizacja: Elbląg
Offline

Wioska Błotnych Ludzi niewiele się zmieniła przez ostatnie lata. Wszystkie domy zyskały nowe, nieprzeciekające dachy, zgliszcza zostały uprzątnięte dawno temu i nic nie wskazywało, że to piękne, spokojne miejsce dotknęła kiedyś niszczycielska dłoń wojny. Lud żył swoim rytmem, z rzadka tylko zakłócanym ważnymi i podniosłymi wydarzeniami jak odwiedziny Richarda i Kahlan (jak zawsze z nieodłączną Carą) czy powrót Tammlina z wielkiej wyprawy na południe. Można by rzec, że wioska była ostoją spokoju i tradycji.
Gdyby nie mała Estanatehi.
Od zawsze była niesforną dziewczynką. Jako mały brzdąc była świadkiem pierwszej wizyty Richarda we Wiosce i miała okazję obserwować wszystkie zdarzenia będące konsekwencją tejże wizyty. Niektórzy Błotni Ludzie mówili potem, że takie rzeczy dzieją się jeżeli jest się za bardzo przywiązanym do tradycji. Te słowa musiały zapaść bardzo głęboko w młody umysł Estanatehi, bowiem nic, co czyniła w późniejszych latach życia nie przypominało postępowania wychowanej w tradycji Błotnej Kobiety.
Estanatehi nienawidziła gotować, szyć, stroniła jak mogła od wyplatania koszy i wypalania mis.
Kiedy tylko miała okazję, uciekała na równiny tropić zwierzątka i obserwować przyrodę. Kiedyś udało się jej podwędzić ojcu łuk i zanim zdenerwowany tato odnalazł ją w stepie, zdążyła ustrzelić głuszca i cztery cietrzewie. Eskapada skończyła się straszliwą burą od rodziców oraz przeświadczeniem, że strzelanie z łuku to najlepsza zabawa pod słońcem.
Rodzice starali się z całej siły wychować dziewczynkę tak, aby była dobrą matką i żoną. Na nic się te wysiłki zdały bowiem im mocniej czegoś małej zabraniano, tym częściej i chętniej ona to robiła.
Któregoś dnia tato nie mogąc już znieść marudzenia córki zabrał Estanatehi na spacer poza wioskę. Podczas przechadzki napotkali jednego ze Starszych. Jak przystało, Starszy po przywitaniu się z mężczyzną kucnął koło Estanatehi¸ poklepał ją delikatnie po twarzy i nadstawił policzek do pocałunku. Cóż, sam się prosił. Dostał w pysk, aż się rozległo. Starszy nie skomentował zdarzenia, oblizał się, policzył zęby po czym ruszył w stronę wioski.
Jeszcze tego samego dnia Starszy oraz rodzice dziewczynki udali się po radę do Człowieka-Ptaka. Postanowiono zwołać naradę widzących, gdyż jak to określił Człowiek-Ptak, w sprawach tradycji nie może kierować się własną wolą. Decyzja należy do duchów.
Poczyniono odpowiednie przygotowywania i po tradycyjnych trzech dniach odbyła sie tradycyjna narada widzących. Po naradzie Człowiek Ptak tradycyjnie otworzył drzwi domu duchów, lecz później postąpił wbrew tradycji - nie czekał, aż wszyscy Starsi opuszczą pomieszczenie - udał sie bezpośrednio do domu Estanatehi. Obudziwszy jej rodziców, rzekł:
- Przodkowie dziwili się, że tak długo czekaliśmy z zadaniem pytania. Oni wiedzą od dawna, co dzieje się z dziewczyną, i mówią jednoznacznie: pozwólcie jej robić, co chce. Nie należy jej przeszkadzać ani w jakikolwiek sposób wpływać na jej poglądy. Jeżeli ją zmienimy, może to mieć katastrofalne skutki w przyszłości. Kto wie, może ona jest przeznaczona do wyższych celów niż sądzimy.
Następny dzień był dla dziewczyny spełnieniem marzeń. Tato obiecał, że nie będzie jej już niczego zabraniał. Ponadto przyrzekł, że zrobi łuk dopasowany do jej postury, a kiedy Estanatehi trochę podrośnie, Chandalen i Tammlin wyszkolą ją tak, jak szkoli się Myśliwych Błotnych Ludzi.

Estanatehi uwielbiała wyprawy w step z Tammlinem albo Chandalenem. Uczyli ją polować, tropić zwierzynę, zdejmować skóry i dobrze się maskować. Zgodzili się uczyć ją języka powszechnego i rozmowa w obcej gwarze szła jej coraz lepiej. Obaj opowiadali niewiarygodne historie o cudownych miastach i gęstych lasach, o morzach i górach sięgających nieba.
Fascynowało ją to, co znajduje się za horyzontem, ten wielki, strasznie wielki świat o którym oni ciągle mówili. Tam naprawdę musiało być pięknie. Chandalen i Tammlin pokłócili się kiedyś zresztą o to, które miasto jest piękniejsze: Pałac Ludu czy Aydindril. Estanatehi obiecała sobie, że kiedyś odwiedzi oba te miejsca.
Na razie jest jeszcze na to za młoda, a poza tym musi ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć...


***

Był późny wieczór. John Kelly podążał wąską, leśną ścieżką prowadzącą w stronę jego chaty. Rozmyślał o tym, co zawsze - kiedy się napił, niezmiennie dręczyła go melancholia.
Westland był spokojną krainą, a okolica w której osiedlił się Kelly była jedną z najspokojniejszych w Westlandzie. Chata którą nabył w posiadanie (broń Stwórco nie z własnej woli) leżała na uboczu uczęszczanych szlaków, co tylko potęgowało samotność. Jedynym miejscem, gdzie mógł napić się piwa była karczma w leżącej nieopodal wiosce. Wiosce, która była zwyczajna aż do bólu - szare chaty, szarzy, zwykli ludzie, szara karczma, stary karczmarz, wytarty blat i poszarzałe ze starości kufle. Ciągle te same historie, te same opowieści. Żadnych podróżnych. Nic w tym dziwnego - myślał Kelly - kto chciałby odwiedzać wioskę w której największym wydarzeniem roku jest przyjazd wędrownego kupca?
Kelly tęsknił za gwarem wielkich miast, za tłocznymi lokalami huczącymi od wiadomości i plotek. Za ciekawymi kompanami od kielicha, za pięknymi i chętnymi kobietami. Praca też była niczego sobie. To było tak dawno... Teraz miał swoją chatę, mógł polować, łowić ryby, uprawiać ogródek i strzyc trawnik. Prawdziwa, sielska emerytura.
Kelly pchnął ze złością drzwi od chaty. Zdjął płaszcz i odwiesił go na kołek. Płaszcz był najzwyklejszy z możliwych - stary, kolorowy i fantazyjny przyodziewek sprzedał dawno temu - taki strój nie będzie mu już potrzebny. Lutnię również sprzedał - po co mu lutnia, skoro nie ma dla kogo grać koncertów?
Położył się na posłaniu. Nienawidził takiego życia. A wszystko, jak zwykle, przez przypadek...

Bard wszedł do karczmy "Pod Zamarzniętym Jenotem" wesoło pogwizdując. Zaraz też nadbiegł karczmarz, widząc w drzwiach jednego z lepszych muzyków w tym mieście. Miasta-Państwa na południu Starego Świata dopiero odżywały po wielkiej wojnie, więc na muzyków był deficyt.
- Witajcie, Panie Clark, witajcie! - wołał z daleka - czego się napijecie? Wina? Mam tu przedni trunek, dopiero co dostałem, czerwone, wytrawne, bukiet le...
- Nie trudźcie się, karczmarzu - przerwał Clark - nie mam dziś zbyt wiele czasu. Przekąszę tylko co nieco. Gulasz aby macie?
- Dla wielmożnego pana najlepszy, już podaję! - gospodarz obrócił się i runął w stronę kuchni.
Clark usiadł, jak zwykle, przy tej samej ławie. Poczekał aż karczmarz poda mu miskę parującego jadła, skosztował trochę, po czym pochylił nad potrawą drapiąc się po łydce. Drugą ręką, niewidoczną teraz z sali, jął przeszukiwać spodnią część blatu w poszukiwaniu przymocowanego tam maleńkiego pudełka. Znalazł je po chwili, ale wtedy nastąpił przypadek numer jeden. Pudełko było śliskie, widocznie kurier który je tam umieścił nie zadał sobie trudu umycia rąk po spożyciu tłustego mięsiwa. Pojemnik wyślizgnął się z palców Clarka i potoczył po podłodze. Bard szybko schylił się i podniósł przedmiot licząc, że nikt nie zauważył wpadki. Niestety - w tym momencie zdarzył się przypadek numer dwa.
Kapitan Oleg Zajcew skończył tego dnia służbę o całe cztery godziny wcześniej niż zwykle i mógł zajść do karczmy na dwie czy trzy kolejki, nie narażając się na gderanie żony. Po wypiciu drugiego kufla wstawał właśnie z ławy aby udać się do wychodka, kiedy zobaczył toczące się po ziemi pudełko i pstrokato ubranego, czarnowłosego mężczyznę spiesznie podnoszącego przedmiot z ziemi. W uszach rozbrzmiały mu dawno zapomniane słowa instruktora z akademii wojskowej, dotyczące sposobów przekazywania informacji. Nagle zdał sobie sprawę że stanął w obliczu możliwości przyspieszenia swojego awansu o dobre kilka lat. Miał obcego -może nie wrogiego, ale obcego - agenta na widelcu, musiał go tylko schwytać. Przycupnął więc z powrotem na siedzeniu i czekał cierpliwie.
Clark szybko dojadł gulasz i właśnie zbierał się, aby wychodzić, kiedy poczuł na ramieniu czyjąś dłoń.
- Chwileczkę obywatelu - usłyszał za plecami - chciałbym zobaczyć, co macie w prawej kieszeni płaszcza. Natychmiast, jeśli łaska.
Clark wyćwiczonym ruchem odwrócił się i zlustrował wzrokiem twarz rozmówcy. Wiedział rzecz jasna, jak tamten wygląda - Clark potrafiłby opisać każdego dzisiejszego gościa karczmy, włącznie ze strojem i miejscem które zajmował - liczył jednak że ten gest da mu sekundę, może dwie na ocenę sytuacji i obliczenie szans na powodzenie ucieczki. Ale wtedy nastąpił przypadek numer trzy, który spowodował że szanse zmalały do zera.
Drzwi karczmy otworzyły się i do środka, jeden po drugim, zaczęli wchodzić strażnicy. Clark zrobił więc to, co musiał - sięgnął do kieszeni i zgniótł silnie pudełko, łamiąc wieczko i krusząc szklaną ampułkę, wokół której owinięto pergamin z wiadomością. Rozległ się cichy syk - pergamin stopił się błyskawicznie. Gdyby coś poszło nie tak, przynajmniej nie zdradzi kuriera.
- Straż! - zakrzyknął Zajcew - sam tutaj! Zabezpieczcie teren! Ten tutaj to szpieg!
- Ależ skądże znowu, kapitanie! - zdziwił się jeden ze strażników - to przecież Pan Clark, najlepszy trubadur jakiego ziemia...
- Milczeć! A spod tego stołu wyjął zapewne śpiewnik?! Nuże, szelmo, pokazuj co tam masz, a rychło!
Clark wyjął pojemnik z kieszeni i podał oficerowi. Tamten obejrzał wnikliwie zdobycz.
- A więc to tak! Jesteście szpiegiem! Jazda na odwach!
- Chwileczkę, kapitanie - odezwał się milczący dotąd Clark - coś wam jeszcze pokażę...
- Ino szybko, pókim dobry - pienił sie Zajcew.
Clark sięgnął głęboko za pazuchę i wyjął złożony na czworo dokument, który podał oficerowi. Odetchnął z ulgą widząc, że tamten wertuje oczami pergamin. To było szczęście w nieszczęściu - kapitan potrafił bowiem czytać.
- ... że okaziciel tego dokumentu jest... kurwa, posłem? Jak to posłem? Podpisano - kapitan szeroko otworzył oczy -Matka Spowiedniczka Kahlan Amnell – w takie dokumenty wyposażono wszystkich co bardziej cennych dla Centrum Wywiadu Midlandów agentów.
- Poseł... mamrotał Zacjew - poseł... Job twoju mat', poseł chędożony! Chorąży! Weźmiecie dwunastu ludzi i odprowadzicie tego tu - splunął na ziemię - P O S Ł A do granicy! Na jednej nodze!
- Ale on... - próbował jeszcze strażnik.
- Której części rozkazu nie zrozumieliście?! - Rozdarł się oficer - Wykonać natychmiast!!

Pamiętał bardzo dobrze tą spieszną podróż, i potem dalszą, do samego Aydindril. W kwaterze głównej mieszczącej się w koszarach przy Pałacu Spowiedniczek przełożeni wykazali daleko idącą wyrozumiałość.
- Rozumiemy, przypadek. Tak, prędzej czy później każdego to spotyka. Nie, nie wyślemy pana do lochu. Otrzyma pan pokaźną odprawę i wyjedzie pan na zachód. Po drodze dowie się pan, gdzie. Proszę niczego nie zabierać, zapewnimy panu środki do życia na pewien czas. To by było na tyle. I jeszcze jedno...
Proszę zapomnieć, że świat poza Westlandem istnieje - powtórzył w myślach Clark-Kelly - Nie, panowie. Tego zapomnieć nie potrafię.
Zdmuchnął ze złością świecę, izba pogrążyła się w mroku. Jutro kolejny nudny dzień...


***

Lothar Chestlight, syn Klinta Pełzaczobójcy z Oak Hill, klęczał przy ciele człowieka, którego przed chwilą nieopatrznie zabił.
O Lotharze powiadano we wiosce że urodził się z siekierą. Określenie przestawało być wesołe jeżeli połączyć je z faktem że matka Lothara nie przeżyła porodu, o tym ludzie jednak dawno zapomnieli. Chłopak od najmłodszych lat był uczony, aby w przyszłości udźwignąć brzemię prowadzenia rodzinnego biznesu i rzeczywiście, dobrze wyuczył się fachu. Po śmierci ojca (niech go chuj!) kontynuację edukacji młodzieńca przejął wujek, który oprócz technik przemysłu drzewnego znał się również na sztuce przetrwania. Zadbał, aby Lothar był piśmienny, co w tamtych stronach zdarzało się dość rzadko. Tym sposobem młody Chestlight umiał wszystko, czego było mu potrzeba. Ale teraz przydarzył się wypadek i sielankowe życie chłopaka zostało w brutalny sposób zakłócone.
Podczas wyrębu Lothar nie sprawdził terenu i spuszczone przez niego drzewo przygniotło jednego z drwali. Drwal był w sztok pijany i żaden ze współpracowników nie winił Lothara nawet przez moment, ale dla dobrodusznego, przyjaźnie nastawionego do świata młodego mężczyzny nie stanowiło to okoliczności łagodzącej.
Co czuje w takiej chwili człowiek? Żal? Wyrzuty sumienia? Nienawiść do samego siebie? Strach przed konfrontacją z bliskimi zmarłego? Dla niektórych taka trauma jest nie do wytrzymania. Tak było i tym razem, Lothar Chestlight uciekł z wioski następnego dnia, kierując się na północ. Daleko na północ.


***


Wyrzuty sumienia. Straszne uczucie. Szczególnie dla złodzieja.
Trucjan Binkazak miał złodziejstwo w genach. Pradziadek kradł, dziadek kradł, ojciec kradł, prababka kradła, babka kradła i matka też kradła. Brat kradł, siostra kradła i wujowie z ciotkami też. Nie kradł stryj, zapewne dlatego że Trucjan takowego nie posiadał. Rzecz przedziwna, nikt z rodziny nie został politykiem. Byli zwykłymi, porządnymi złodziejami, kradli co popadnie i kiedy popadnie, przy okazji przyuczając młodego Trucjana w trudnym fachu.
Co jednak począć, kiedy sumienie, nie występujące przecież zbyt często u złodziei, odzywało się w głowie Trucjana głosem i mocą godną Dominie Dirch nie pozwalając swobodnie praktykować? Rodzina nawet nie chciała słyszeć o jego zamiłowaniu do czytania i pisania, był potępiany i wyśmiewany - kto to widział, czytający złodziej. Śmiech na sali. Cóż było robić - Trucjan ruszył w świat, aby udowodnić sobie i wszystkim innym że złodziej potrafi, oprócz okradania innych, dokonać naprawdę wielkich rzeczy. Takim człowiekiem był ojciec Trucjana, który również za młodu wyłamał się z rodzinnego klanu i ruszył na tułaczkę, dokonując rzekomo wielu dobrych uczynków. To chyba po nim Tru odziedziczył zamiłowanie do przygody. Zresztą, na Ojca też wołano Tru...


***


Problemów z wyrzutami sumienia nie miał natomiast Jeres. Ten człowiek nie wiedział, że sumienie istnieje.
Już jako młody, wychowany na wsi chłopak lubił włóczyć się po lasach napotykając często zranione lub chore zwierzęta. Jeres pastwił sie nad nimi, torturując i męcząc przez długie minuty, długo. Jak najdłużej. Znęcał sie nad wszystkim co żyło. Kwestią czasu stało się, kiedy zabije człowieka.
Ta chwila właśnie nadeszła. Jeres odczuwał głęboką satysfakcję i spełnienie dużo większe niż przy męczeniu zwierząt. Nic innego. Gdzieś w głębi zakamarków umysłu zdawał sobie jednak sprawę, że jest niebezpieczny dla otoczenia, czym prędzej opuścił więc rodzinną wioskę.

***

Meliana zwana częściej Perełką właśnie dowiedziała się najgorszej rzeczy w swoim krótkim, siedemnastoletnim życiu. Strasznej, nieprawdopodobnej. Niemożliwej.
Zawsze sądziła, że jako dziecko przeżyła atak bandytów na jej rodzinną wioskę w Starym Świecie. Została uratowana przez nieznajomego czarodzieja, który to postanowił ją wychować i nauczyć fachu. Wyprowadzili się do Aydindrill, by Perełka mogła zapomnieć o tragedii jaka ją spotkała. Była bardzo niesfornym dzieckiem - wiecznie płatała figle swemu opiekunowi. Często uciekała z domu na różnego rodzaju zabawy dziejące się w mieście i za murami. Mimo jej młodego wieku była ogólnie znana we wszystkich karczmach w mieście - kochała muzykę i zawsze podążała tam, gdzie znalazł się jakiś bard.
Teraz, knując kolejny dowcip, zajrzała przypadkowo do starych zapisków czarodzieja. Zaciekawiona zaczęła czytać. Na początku przerzucała tylko strony, potem zaczęła czytać dokładniej, coraz wolniej, aż natrafiła na fragment...
- Nie. To nie możliwe. To nie mogło mieć miejsca. To nieprawda - przeczytała akapit jeszcze raz po czym jeszcze... Papier jednak nie kłamał. Rodzice Perełki cieszyli się dobrym zdrowiem, a ona sama została za młodu porwana. W brutalny sposób zabrano ją z rodzinnego domu i skazano... no właśnie, na co? Jakie plany miał porywacz? Jakie by one nie były, w tym momencie legły w gruzach tak samo jak dotychczasowe życie Perełki.
Spakowała się i czym prędzej opuściła domostwo. Wygrażając porywaczowi i przysięgając zemstę, ruszyła przed siebie, byle jak najdalej stąd.


***

J`ayhdaeen zmęczony po całym dniu pracy wracał powolnym krokiem w stronę rodzinnego domu. Nie do końca rodzinnego - pomyślał patrząc na noszony na palcu pierścień z wizerunkiem smoka. Pierścień należał niegdyś do ojca, którego chłopak nigdy nie poznał. Kiedy był jeszcze niemowlęciem, tato powierzył jego wychowanie bezdzietnemu małżeństwu mieszkającemu na przedmieściach Altur'Rang. Dobrzy ludzie bardzo się cieszyli z takiego prezentu od losu, gdyż sami równie długo co bezskutecznie starali się o potomka. Uważali całe zajście za dar od Stwórcy i tak też nazwali brzdąca.
J`ayhdaeen wyrósł na postawnego młodzieńca więc przybrani rodzice postanowili wysłać go do terminu w cechu kowalskim. Trafił do kuźni Victora Cascelli gdzie w niedługim czasie poczynił takie postępy iż mógł prowadzić produkcję wspólnie ze swoim mistrzem.
Cóż to? - Chłopak usłyszał dochodzący z zaułka stłumiony krzyk. Komuś działa się krzywda. Podczas gdy jedna część umysłu J`ayhdaeena analizowała jeszcze sytuację, inna cząstka jaźni wysłała już do nerwów odpowiednie sygnały i młodzieniec wystrzelił sprintem w stronę zaułka. To, co zobaczył sprawiło, że krew w żyłach zaczęła krążyć o wiele szybciej. Jednocześnie umysł J`ayhdaeena zachował zadziwiającą jasność i kowal zaczął dostrzegać szczegóły sytuacji.
Napastników było trzech. Jeden z nich właśnie kolejny raz uderzył szarpiącą się dziewczynę. Kolejny dobył paskudnie wyglądający nóż i zagroził kobiecie śmiercią, jeżeli ta natychmiast się nie zamknie. Dziewczyna jęknęła cicho, rozpaczliwie.
J`ayhdaeen ruszył, nie myśląc nad tym co czyni. Chwycił jednego z mężczyzn i cisnął nim w bok. Oprych nie był wcale cięższy od sztaby żelaza więc pofrunął wysoko i daleko, po czym zwalił się na ziemię. Drugiego z kolei uderzył w rękę tak samo, jak wiele razy wcześniej uderzał młotem w rozgrzaną stal - i tak samo jak odkuwka gładko ustępuje pod ciężarem młota, tak ręka mężczyzny pękła jak zapałka a poszkodowany runął na bruk wrzeszcząc nieludzko. Trzeci z bandytów zorientował się już w sytuacji. Zasłonił się dziewczyną i przystawił nóż do jej gardła. Lada chwila ostrze mogło przebić cienką jak papier skórę na smukłej dziewczęcej szyi. J`ayhdaeen krzyknął z rozpaczy...
I wtedy czas zwolnił. Kowal widział jak ostrze noża porusza się powoli, jakby utkwiło w miodzie. Obserwował zafascynowany, jak broń rozgrzewa się, najpierw do czerwoności, poprzez pomarańcz aż do najczystszej bieli. Napastnik krzyknął z bólu i wypuścił narzędzie. Następnie jakaś niewidzialna siła rzuciła nim o ścianę - uderzył w nią z trzaskiem i opadł na klepisko z głową wygiętą pod nienaturalnym kątem. W tym momencie J`ayhdaeen poczuł się strasznie słabo, a jego umysłem targnęła okropna migrena. Ból był tak wielki, że chłopak aż upadł na kolana i złapał się za głowę obiema dłońmi. W tym czasie niedoszła ofiara gwałtu pędem uciekła z zaułka.
Kiedy ból zelżał wreszcie, kowal podźwignął się z klęczek. Zdumiony wielce tym, co stało się przed chwilą również chciał ruszyć w stronę domu. Jego wzrok padł jednak na ciało jednego z napastników. Dopiero teraz J`ayhdaeen go rozpoznał. To był syn znanego, bogatego i poważanego w Altur'Rang szlachcica. Ojciec nie odpuści, będzie szukał mordercy syna za wszelką cenę... Chłopak wiedział że nikt nie uwierzy w opowieść zwykłego pomocnika kowala. Postanowił odejść z miasta jak najszybciej. Po dotarciu do domu spakował więc trochę zapasów, swój młot, podręczne kowadło i ruszył w świat, kierując się w stronę Midlandów. Przybrani rodzice twierdzili, że jego ojciec mówił z wyraźnym, Midlandzkim akcentem. Może odnajdzie go w Nowym Świecie...


***

Już czas.
Estanatehi ubrała się cichutko - od dawna nie nosiła już kolorowych sukni, jak inne kobiety. Założyła skórzane spodnie, tunikę oraz płaszcz. Podniosła ciężki plecak - prezent od Chandalena - dostała go aby mieć gdzie przechowywać zapasy podczas długich wypraw łowieckich. W bagażu oprócz zapasów żywności schowała odzież na zmianę, posłanie, krzesiwo i inne rzeczy niezbędne w podróży. Z wnęki pod ścianą zabrała łuk i pęczek strzał. Najciszej jak umiała, wyszła z domu.
Nie chciała budzić rodziców i żegnać się z nimi. Nienawidziła pożegnań. Rodzicom pewnie będzie przykro, ale przecież zdają sobie sprawę że ich córeczka dorosła już dawno temu. Widzieli wszak, że kiedyś ruszy w świat, wiele razy im o tym mówiła.
Kątem oka dostrzegła w ciemności ruch przy jednej z chat. Po chwili zobaczyła postać stojącą na ścieżce.
- Cóż to, dziecinko - odezwał się cień - odchodzisz? Bez pożegnania?
- Człowiek-P...Ptak - -wymamrotała zdziwiona - Ja... P...przepraszam... Ale... Skąd wiedziałeś?
- Przed duchami nie ma tajemnic, moja droga - uśmiechnął sie Człowiek-Ptak - podejdź, proszę, mam coś dla ciebie.
Estanatehi zbliżyła się i dostrzegła, co przywódca wioski trzyma w ręku.
- Czy to...
- Tak, dziecko. Nóż przodków. Nie dziw się, że tylko jeden - w końcu twój ojciec jeszcze żyje, myślę że kiepsko by strzelał z łuku bez kości ramienia - Człowiek-Ptak uśmiechnął się z własnego żartu, mocując nóż na ramieniu Estanatehi. - Twój dziadek był dobrym człowiekiem. Powinnaś być dumna, że będzie cię strzegł w podróży.
- Jestem dumna. Dziękuję, Człowieku-Ptaku.
- Powodzenia, mała - odrzekł starszy mężczyzna - honor i moc dla ciebie, Estanatehi Podróżniczko.
- Honor i moc, Człowieku-Ptaku. Żegnaj - powiedziała Estanatehi i wyruszyła w drogę.
A Człowiek-Ptak jeszcze długi czas stał na ścieżce i patrzył w mrok.


***

Książę Emerald , siódmy z rodu von Briscow, zdenerwowany jak rzadko kiedy przechadzał się tam i z powrotem po jednej ze stu czterdziestu dziewięciu komnat pałacu władców Togressy. Na jednym z krzeseł pod ścianą przysiadł Christoph Vichy, jego główny doradca i opiekun. Książę chodził po komnacie od dobrych dwóch godzin, średnio co pięć minut wygłaszając sentencje w stylu:
- Długo jeszcze będę musiał czekać? Ile, do stu tysięcy beczek zgniłej kapusty można pisać list?
- Cierpliwości Panie - niezmiennie odpowiadał doradca - Dajcie jej czas.
Jest młody - myślał Vichy -młody i niecierpliwy. Za młody na tego typu sprawy...
Nie dalej jak dwa miesiące temu Król wyprawił wielką ucztę z okazji wstąpienia księcia Emeralda w dorosły wiek. Piękne to było święto, oj piękne. Tańce, moc jadła i mnóstwo napitku, najlepsi tancerze i muzycy. I była - o zgrozo - baronówna Ida, pierworodna córa baronowej von und zu Lobenstein, kobieta tak piękna i tak cudownie zbudowana, że na jej widok nawet każdy mnich powątpiewał w sens istnienia celibatu. Książę, młody jako się rzekło i porywczy, zadurzył się w baronównie bez pamięci.
Wiadomym było, przynajmniej dla Christopha Vichy, że siódmy syn Króla może nie być wystarczająco dobrą partią dla kobiety z wysokiego bądź co bądź rodu, dodatkowo obdarzonej niespotykaną urodą. Bał się, że odrzucony panicz wpadnie w najlepszym razie w melancholię lub niepohamowaną złość, w najgorszym zaś przypadku targnie się na życie. Książę zaś robił co mógł, aby przypodobać się wybrance. Słał listy miłosne, wynajmował najlepszych bardów by grali jej serenady i łożył złoto na drogie prezenty. Pieniędzy księciu nie brakowało, gdyż Król, dobry wprawdzie władca, miał jednak wady. Jedną z nich było zezwolenie na nieograniczony budżet przeznaczony na spełnianie zachcianek jedenaściorga potomstwa.
Wreszcie Książę orzekł że dłużej nie wytrzyma - postanowił wysłać swatów. Vichy perswadował, na ile mógł, jednakże jego władza nie sięgała na tyle wysoko aby mógł czegokolwiek Emeraldowi zabronić. Do Króla również udać się nie mógł, Król bowiem nie pokładał większych planów w mariażu siódmego syna, jeśli zaś ten poślubiłby damę von und zu Lobenstein, przysporzyłoby to królestwu więcej splendoru niż hańby.
Wysłano więc swatów. Teraz młody książę mógł tylko oczekiwać odpowiedzi...


***


W rezydencji rodu von und zu Lobenstein list odebrał od swatów szef służby. Kazał delegacji poczekać na dziedzińcu obiecując, że oczywiście, list dostarczy niezwłocznie. Nie spieszył się jednak z wykonaniem tej czynności, gdyż panienka Ida była akurat zajęta spożywaniem posiłku w towarzystwie przyjaciółki. W końcu baronówna otrzymała jednak pismo i z uprzejmym zaciekawieniem rozwinęła pergamin.
Dźwięczny, donośny śmiech rozległ się w salach dworu i odbił echem od powały. Młoda dama śmiała się coraz głośniej i coraz serdeczniej, roniąc z pięknych oczu łzy jak grochy i trzymając się za wysmukłą talię. W końcu nie zdzierżyła i jak stała, tak siadła na podłogę z radości bijąc dłonią w deski i śmiejąc się bezustannie, ku zdziwieniu przyjaciółki i konsternacji szefa służby. Przyjaciółka baronówny, panna Danelle von Teltow, również nie wytrzymała zaraźliwego śmiechu i po chwili obie tarzały się po podłodze, rechocząc uciesznie. Szef oddalił się z obawy przed tym, że również może nie dać rady dłużej powstrzymywać wesołości a jego pozycja we dworze nie pozwalała na zbytnie spoufalanie się z pracodawcami.
Kiedy obie dziewczyny wyśmiały się wreszcie i wycierając łzy siadły na łóżku, Ida pokazała Danelle pismo. Ta pośmiała się jeszcze chwilę, ale zaraz radość zaczęła ustępować trzeźwemu myśleniu. Baronówna bowiem mierzyła dalece wyżej niż siódmy syn z rodu choćby nawet i królewskiego, w dodatku pokraczny, niski i rozkapryszony. Marzyła o przystojnym, bogatym władcy z wielkich krain: Keltonu, Galei, może nawet D'hary... Pożądała władzy i wcale się z tym nie kryła. Książę Emerald mógł jej zapewnić co najwyżej władzę nad stadkiem służby, a przecież to już miała...
- Co chcesz z tym zrobić? - zapytała Danelle - za mąż, jak rozumiem, nie zamierzasz się wydawać?
- Znasz chyba moje poglądy na ten temat. Radźmy, jak odpisać żeby nie obrazić księcia. Obrazić księcia to obrazić Króla, nasz ród nie może sobie na to w żadnym razie pozwolić.
- Wobec tego nie możesz odmówić wprost. Najlepiej zażycz sobie czegoś... nie do zrealizowania. Nie wiem... Żeby przejechał konno po blankach zamczyska? - Danelle uśmiechnęła się triumfalnie, to już była jakiś pomysł.
- Hola, koleżanko. Z tego co wiem mam na imię Ida, nie Kunegunda. Poza tym tamta skończyła w przepaści.
Danelle nie miała pojęcia kim była Kunegunda, nie zamierzała jednak się do tego przyznawać.
- Wobec tego może... gwiazdkę z nieba?
- Nie, to banalne. Słuchaj, mam lepszy pomysł...
Ida pochyliła się do ucha przyjaciółki i wyszeptała kilka słów. Danelle aż podskoczyła z radości.
- Cudowny pomysł! Jaki romantyczny! Odpisuj! Odpisuj mu natychmiast!
Baronówna klasnęła w dłonie, a przybyłemu służącemu kazała natychmiast podać pergamin i inkaust.


***


... żebyś w dowód miłości odnalazł dla mnie, Najjaśniejszy Panie, rękopis zaginionych przed wiekami ballad mistrza Joachima. Wówczas będę pewna Twych niewątpliwie szczerych intencji...

Książę czytał ten fragment listu po raz siedemnasty, a za każdym razem bardziej bladł i bardziej czerwieniał na przemian.
- Nie wytrzymam, kurwa, nie wytrzymam! Skąd ja jej kurważ mać wezmę chędożone pioseneczki starego w rzyć jebanego ramola sprzed wieków!
- Wobec tego będziesz musiał, mości panie - rzekł opanowany jak zwykle Vichy - zaniechać stawania w konkury. Doradzam również powściągliwość w dobieraniu przymiotników oraz imiesłowów.
- Mam w imiesłowie twoją powściągliwość! - rozdarł się książę - radź lepiej, co mam czynić!
- Zakończyć krzyki i swaty. Panienka wypowiedziała się jednoznacznie, bez ballad ślubu nie będzie. A odnaleźć ballady będzie bardzo ciężko - Zaiste, mistrz Joachim żył bardzo dawno temu i pamięć o nim pozostała jedynie w starych historiach i legendach. Vichy, który sam przecież zjadł zęby na dworskich intrygach, był pod wrażeniem pomysłu baronówny.
- A gówno! - Książę ani myślał poddawać się tak prędko - znajdę tą jego chędożoną samotnię i wszystkie możliwe rękopisy! Oddam jej jeden, a resztę każę zawiesić na gwoździu w wychodku dla służby, aby i plebs skorzystał z poezji - tu splunął na ziemię - mistrza!
- Łaskawy Panie, przypominam że masz obowiązki dworskie. Nie możesz oddalić się z pałacu na dłuższy czas.
- Wiem, wiem - Emerald zmarkotniał i przysiadł na zydlu - może wyślemy więc wojsko...
- Król nie wyrazi zgody na uszczuplenie garnizonu. Nasze wydatki na armię nie są zbyt wysokie - doradca nie dodał rzecz jasna, że wydatki na armię nie są wysokie z powodu trwonienia niewyobrażalnych pieniędzy przez córeczki i synusiów monarchy.
Naraz chłopak zerwał się z zydla i zakrzyknął:
- Najmę więc poszukiwaczy! Profesjonalistów! Zapłacę, ile trzeba, a oni znajdą dla mnie papiery!
To nawet rozsądne, pomyślał Vichy. Poszukiwaczom skarbów nigdy nie płaciło się z góry, choć w przypadku sukcesu należało liczyć się ze znacznymi kosztami. Szanse na odnalezienie inkunabułów były iluzoryczne, więc budżet raczej nie ucierpi. A jeżeli komuś się uda... cóż, bardzo miło będzie oglądać minę panny von und zu Lobenstein na ślubnym kobiercu.
- Christophie, zorganizujesz te poszukiwania. Roześlij gońców z ogłoszeniami, wyznacz 50 złotych marek nagrody. Dotrzyj do najlepszych ludzi, niech ruszają szukać!


***

- A jeżeli znajdą? - martwiła się Danelle - co wtedy?
- Spokojnie, kochana. W Togessie znaleziono wyjątkowo mało skarbów, sprawdziłam. Nie mamy w kraju fachowców od tego typu spraw. Nie dadzą rady. A profesjonalistów z zagranicy, jeżeli się tacy zjawią, trzeba będzie, cóż... zniechęcić.

***

Gdzieś w Pałacu Ludu młoda, szczupła kobieta weszła do przydzielonej jej komnaty. Pogłaskała po główce Walkyri - sowę mieszkającą w klatce zawieszonej przy oknie. Sowa pohukiwała z zadowoleniem.
Zdjęła swój brązowy, skórzany strój i nago położyła się na posłaniu. Minął kolejny dzień treningu przepełnionego okrucieństwem i sadyzmem. Mimo to kobieta nie odczuwała zmęczenia ani grozy - była szczęśliwa. Zgłosiła się na to szkolenie na ochotnika i choć było długie i wyczerpujące, ani chwili nie żałowała.
Naraz jakby przypomniała sobie o czymś, kobieta zerwała się z posłania. Szybko przyklękła przy łóżku i odmówiła krótką modlitwę do bogini Shar.
Nikt inny nie znał tego bóstwa jednak kobieta wierzyła, że naprawdę podczas modlitwy widzi i rozmawia ze swoją Boginią. Shar była bóstwem przybierającym postać nocnego ognika, jednocześnie miłościwym dla dobrych ludzi i bezlitosnym dla wrogów.
Znacznie uspokojona, na powrót położyła się w pościeli. Po chwili jej oddech wyrównał się - Ellie, ochotniczka Mord-Sith, zapadła w krótki acz spokojny sen.



***


Porucznik James Greer jechał stępa przez gęsty, sosnowy las. Aromatyczne wonie igliwia unoszące się w powietrzu działały nań wręcz kojąco. Las dawał pewną ulgę przed palącym słońcem, poza tym do celu było już blisko. Koń kroczył ciężko, znużony pewnie jeszcze bardziej niż sam jeździec. To była długa podróż, zdecydowanie za długa jak na gust i wytrzymałość Greera. Obiecywał sobie, że jak tylko będzie miał okazję, podejmie się stania na baczność od rana do wieczora – zdecydowanie wolał aby bolały go stopy niż rzyć.
Po niedługim czasie wyjechał na niedużą polanę i zobaczył w oddali cel podróży. Dym unosił się z komina, więc właściciel zapewne przebywał w domostwie. To dobrze, ucieszył się Greer. Nie będę musiał czekać.
Zsiadł z konia, przywiązał zwierzę do drzewa po czym ruszył w stronę drzwi. Zakołatał i zapukał, po czym dla pewności zapukał i zakołatał. Nikt mu nie otworzył.
- Panie Clark, jesteś tam? Otwórzcie! - zawołał. Odpowiedzi nie było.
Greer pchnął drzwi –te okazały się otwarte. Wkroczył do ciemnej sieni, a następnie do obszernej izby. Wystrój wnętrza odpowiedni był raczej dla domku myśliwskiego niż typowego mieszkania: łóżko, szafa, kufer, stół i krzesło. Na ścianach wisiały…
- Dobra, kolego – James usłyszał głos dobiegający z sieni – teraz odwrócisz się bardzo powoli w moją stronę. Ręce trzymaj tak, żebym je widział. Żadnych gwałtownych ruchów. Nie żartuję.
Porucznik wiedział, że tamten nie żartuje. Przed wyjazdem czytał jego akta i był pod wrażeniem dokonań tego człowieka.
- Spokojnie, spokojnie - odwrócił się w stronę przeciwnika. Dostrzegł tylko ciemny zarys sylwetki – spryciarz ustawił się w drzwiach tak aby światło padające z zewnątrz nie pozwoliło obcemu dostrzec rysów twarzy. Sylwetka trzymała w dłoniach potężną kuszę.
- Kim jesteś i czego tu chcesz? – Padło pytanie.
- Porucznik James Greer, Drugi Zarząd Główny Centrum Wywiadu Midlandów, przybyłem…
- Centrum, jasne – sylwetka parsknęła szyderczo – a ile jest kolumn w głównym holu kwatery w Aydindril?
- Osiem – odrzekł zaskoczony Greer – ale co to ma do…
- Na którą stronę wychodzą okna z gabinetu Zastępcy Dyrektora ds. Operacyjnych?
- Stwórco, tam nie ma okien! Gabinet jest w piwnicy! Coś Pan…
Kelly opuścił kuszę.
- Witam, poruczniku - rzekł podchodząc do gościa. –Niech mi pan wybaczy to przesłuchanie. Wolałem się upewnić że jest pan tym za kogo się podaje. Cóż to, po 6 latach Dowództwo przypomniało sobie, że żyję? Czego ode mnie chcecie? Informacji?
James przyjrzał się wnikliwie Clarkowi, bowiem jego wygląd różnił się nieco od tego opisanego w aktach. Clark był, jak napisano, dobrze zbudowany, niewysoki, ciemnowłosy. Wszystko się zgadzało, jednakże stojący przed nim mężczyzna zdążył dorobić się widocznej nadwagi a ciemne włosy przyprószyły mu pasma siwizny. Ciemnozielone oczy Clarka błądziły po całym pomieszczeniu. Jeszcze mi nie wierzy – pomyślał porucznik – szuka drugiego przeciwnika. Rzeczywiście, był... jest świetnie wyszkolony.
- Prawdę mówiąc – Greer miał inny plan przeprowadzenia tej rozmowy, jednak w tym momencie doszedł do wniosku że lepiej będzie nie owijać w bawełnę – chcemy, żeby pan wrócił do pracy, panie Clark.
Kellyego zatkało i na chwilę stracił rezon. Zaraz jednak wyszkolenie wzięło górę nad wzruszeniem, zapytał więc tylko:
- Co zaszło?
- Otrzymaliśmy wiarygodną informację, że ogłoszony został zaciąg na wyprawę w celu odnalezienia rękopisu ballady mistrza Joachima. Pewien książątko, bodajże siódmy z rodu, zakochał się bez pamięci i potrzebuje tych papierów do zdobycia serca wybranki. Niech Pan tak na mnie nie patrzy – prychnął porucznik – to potwierdzone, aczkolwiek głupie, sam zdaję sobie z tego sprawę. Podejrzewamy że to tylko przykrywka dla czegoś większego, więc wydział operacyjny chce tam kogoś wysłać. Brakuje nam wyszkolonych ludzi, pan natomiast nie działał w tamtych rejonach. Poza tym, minęło już tyle lat…
- Zaiste –odparł Kelly – ile mam czasu na zastanowienie?
- Ależ nie ma pan czasu. Ja nie przyjechałem prosić, panie Clark. Jakkolwiek podejrzewałem, że może pan się wahać, dlatego jeżeli pan na chwilę wybaczy…
Greer wyminął osłupiałego gospodarza i ruszył do drzwi. Chwilę gmerał w jukach, po czym wrócił do chaty. W jednym ręku trzymał potężny gąsior z etykietą „wódka Rahlowska”, w drugim dzban z kiszonymi ogórkami.
Kelly patrzył na porucznika i nie mógł wydobyć z siebie słowa. Drogie duchy, wraca! Wyrwie się z tego zadupia! Nareszcie! Znów w akcji, w akcji!
-No, Clark, masz jakieś kubki? Takie wydarzenie trzeba przecież oblać! Możesz sobie grać twardziela, ja i tak bardzo dobrze wiem że z ledwością wytrzymujesz na tym odludziu. Smakuje miejscowy bimberek? Nie? Może napijemy się dla odmiany czegoś porządnego?
- Skurczybyk, wie, jak mnie podejść – myślał Kelly. Rzeczywiście, nie można było tu dostać normalnej wódki. Miejscowy bimber był równie mocny co podły. Nadal w szoku, ruszył w stronę kufra skąd wyciągnął dwa słusznej wielkości naczynia. Podstawił porucznikowi jedyne w tym pomieszczenie krzesło, sam przycupnął zaś na pękatym kufrze. Wypili.
- Stwórco… ależ mi tego brakowało – jęknął Kelly – jestem John Kelly – rzekł, podając rękę porucznikowi.
- Wiem, czytałem twoje akta – odrzekł tamten, ściskając rękę Kellyego – ale słyszałem, że nadal używasz nazwiska operacyjnego, nie chciałem mieszać.
- Rozumiem. Kiedy mam wyruszyć do Togressy?
Tym razem zatkało Greera. Wiedział, że Clark jest dobry, ale to…
- Kurwa mać! Skąd wiedziałeś, czarodzieju?
- To proste – gospodarz uśmiechnął się szeroko – Kiedy opuszczałem Midlandy, siedmiu lub więcej synów posiadało dokładnie czterech władców. Nie liczę tu rzecz jasna bękartów, ci raczej nie mają funduszy ani poparcia aby organizować wyprawy z powodu podobnych pierdół. Tak więc siódmy syn władcy Sanderii zleciał był, z tego co wiem, z konia i jest sparaliżowany od pasa w dół. Nie wiem czy jeszcze żyje, ale jeśli tak to raczej nie w głowie mu amory. Siódmy potomek królowej Rachel z Tamarang sześć lat temu robił jeszcze w pieluchy, nie dorósł, jak wnoszę, przedwcześnie? Siódmy zasię królewicz z dynastii Lifanii urodził się wyjątkowo zdeformowany, i każdy który go zobaczy spieprza z wrzaskiem nie oglądając się za siebie, byle jak najdalej. Zostaje więc tylko książę Emerald z Togressy, jest w odpowiednim wieku i do tego ma fundusze. Tato z tego co wiem nie szczędzi złota na zachcianki synalków.
- Punkt dla ciebie, fachowcu. Rzeczywiście, Togressa. Najlepiej, żebyś pojawił się tam jak najszybciej, ale oczywiście bez przesady. Widzę – Greer gładko zmienił temat – że masz tu niezłe tereny do polowań – wskazał na ściany udekorowane trofeami myśliwskimi.
- Nie chcesz może gościć u mnie dzień lub dwa? Odwykłem od dobrego trunku i dobrego towarzystwa. Zapolować możemy, jasna sprawa, w lasach od zwierzyny aż gęsto.
- Czemu nie, nigdzie mi się nie spieszy, kilka dni z chęcią zostanę…
Stuknęli się naczyniami.
- A więc, skoro mamy czas – rzekł John ‘Clark’ Kelly - może opowiesz mi, co się działo w Imperium przez te wszystkie lata?


***

... ni mniej ni więcej tylko rękopisu ballad mistrza Joachima! Zaś książę ogłasza wielkie poszukiwania! Sam musisz przyznać, Lordzie Rahlu, że coś tu śmierdzi. Ta historyjka jest tak głupia, że każdy w nią uwierzy, dlatego bardzo mi się nie podoba.
- Ależ Caro, to szczytny cel - odpowiedziała Matka Spowiedniczka - Niech szukają, wszyscy skorzystamy jeżeli jego twórczość zostanie odnaleziona.
- Kim był mistrz Joachim? - Lord Richard Rahl mimo prawie dwudziestu lat rządów w Imperium D'Hary nie znał jeszcze dokładnie historii podległych mu terenów.
- Z relacji kronikarzy wynika, że był mistykiem, zielarzem i samotnikiem - zaczęła opowieść Kahlan - Żył na przełomie wieków, czyli bardzo dawno temu. Kroniki niewiele o nim wspominają, poza tym że istniał i pisał piękne wiersze. Poza tym traktuje o nim kilka legend. Jedna z nich mówi że w młodości przeżył okrutny miłosny zawód i dlatego wybrał żywot pustelnika. Ludzie rzadko go odwiedzali, najczęściej z litości przynosili jadło lub przyodziewek. Odwdzięczał się zawsze wiązką ziół i pergaminem z zapisanym wierszem. Kilka z dzieł dotrwało do dziś. Inna legenda mówi że nie mógł znieść życia w samotności i rzucił się w przepaść. Jeszcze inna, że udał się w góry aby odejść z tego świata jak najbliżej Stwórcy. Niestety, nie są to opowieści wiarygodne - zakończyła.
- Właśnie, to nie jest wiarygodne - podchwyciła Cara - a mimo to wszczynają poszukiwania. Centrum Wywiadu Midlandów posłało tam już człowieka. Chcę wysłać jeszcze jednego.
- Coś w tym jest, Caro, ostrożności nigdy za wiele - przytaknął Richard a Kahlan poważnie pokiwała głową. Kto jak kto, ale siedząca przy stole trójka dobrze wiedziała, że niebezpieczeństwo może czyhać na każdym roku, nawet w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach - masz już kogoś na oku?
- Tak, Lordzie Rahlu, nazywa się Ellie. To młoda Mord-Sith - ochotniczka, wierz sobie albo nie - rzeczywiście, po śmierci Rahla Posępnego Mord-Sith na rozkaz Richarda zaprzestały przymusowej rekrutacji - wydaje mi się nieco... cóż, ma zadatki na dobrą, porządną Mord-Sith nawet bez szkolenia. Chcemy ją wypuścić w teren żeby się trochę dotarła.
- Ale taka młoda? Nie lepiej wysłać kogoś bardziej doświadczonego? - Richard nie był do końca przekonany.
- Posłuchaj - Cara spojrzała mu prosto w oczy - w sprawach bezpieczeństwa Lorda Rahla warunki dyktuję ja, i Ellie pojedzie z tą misją, czy ci się to podoba, czy nie. A ty masz mi ufać. Czy wyrażam się jasno?
Richard uśmiechnął się pod nosem. Czasami miał wrażenie że tak naprawdę on wcale tutaj nie rządzi.
- Dobrze, Caro, zgoda. Na szczęście ci ufam.
- Przeciwnie, Lordzie Rahlu - uśmiechnęła się Cara - to ty masz szczęście, że ja ufam tobie.
Richard westchnął, a Matka Spowiedniczka z uśmiechem przewróciła oczami. Takie wymiany zdań były na porządku dziennym i ktoś nie znający sytuacji mógłby pomyśleć, że trafił na kłótnię zawziętych wrogów. Nic bardziej mylnego, Cara i Richard byli przyjaciółmi najlepszymi z możliwych.
- Dobrze - Cara gładko przeszła do następnego tematu - w Crydee, jak mi doniesiono, doliczono się ostatnio tysiąca mieszkańców...


***

- Czym mogę służyć - odezwał się karczmarz. Przybysz wyglądał dziwnie, był strasznie wysoki i miał niespotykanie jasne włosy. Wypisz, wymaluj D'Harańczyk. - Jadła, napitku?
- Pytanie mam. Czarodzieja w okolicy nie macie?
- Nie słyszałem o żadnym, a wiele się słyszy w tym lokalu - odpowiedział szczerze Karczmarz. - A jakiż to interes do czarowników macie, młody człowieku?
- Na nauki chciałem się zgłosić. Do terminu.
- Aaaaaaa, uczony... rozumiem. To rachować i pisać zapewne umiecie?
- Wżdy umiem, panie karczmarz.
- To się dobrze składa, panie blondyn. Przydałby mi się ktoś taki, jak wy. Księgi trzeba prowadzić, zamówienia pisać... Nie chcecie?
- Dzięki, ale nie. Byłem już skrybą, to nie dla mnie robota. Dzięki za dobre słowo, pilno mi w drogę.
- Jak chcecie. Niech cię Dobre Duchy prowadzą - rzekł karczmarz.
- Sam się poprowadzę. Żegnajcie - odrzekł Corlanto Cypahl i opuścił lokal.


***

- Tylko jeden. samotnik - rzekł Jeres, podbiegłszy do towarzyszy. Tych ludzi poznał niedawno. Byli banitami, rabującymi podróżnych korzystających z granicznego gościńca. To mu odpowiadało - mógł zabijać i miał z tego dochód.
- Dobra - herszt bandy podjął decyzję - Jares, ze mną na czoło. Wy dwaj, zabezpieczcie tyły. Lysle, wal w niego z kuszy. Wiesz, kiedy.
Herszt i Jeres wyszli na drogę. Nadchodzący prawie się zatrzymał widząc na przeciwko dwoje zabijaków . O to właśnie chodziło - w krzakach szczęknęła cięciwa i podróżny zwalił się bez jęku w pył drogi.
Rzucili się na jego ciało jak sępy.
- Pierścień, zobaczcie, dobrą złotą markę warty ! Pisma jakieś... eeeeee, precz z tym - pisma wiezione przez zabitego wylądowały w zaroślach - Sakiewka dość pękata!
Jeres podniósł pergaminy. Wszystkie były takie same. Ogłoszenie, pomyślał. Ten człowiek był heroldem. Zabiliśmy herolda - i słusznie, nikt więcej nie otrzyma tej informacji.
... 50 złotych marek temu, kto odnajdzie zaginione przed wiekami ballady...
To może być ciekawe, myślał. Stąd i tak trzeba się zmywać. Trochę przygody, trochę zarobku, trochę śmierci... Czemu nie? Postanowił, że przy najbliższej okazji odłączy się od bandy i ruszy do Togressy.

***

Avinashai De la Vega czytała to samo ogłoszenie zawieszone na skrzydle południowej bramy miejskiej. Strasznie wzruszyła ją historia księcia Emeralda. Taka wielka, wspaniała miłość... Sama marzyła o przeżyciu czegoś podobnego. Niestety ojciec, wpływowy szlachcic z Aydindril, próbował wydać za starszego o od niej o 20 lat mężczyznę. Nie miała wyjścia - przybrała postać prostej mieszczanki i uciekła jak najdalej, by w wielkim świecie szukać prawdziwej miłości. Nie miała jednak szczęścia, postanowiła więc ruszyć do Togressy i pomóc w poszukiwaniach. Niech chociaż książę będzie szczęśliwy...

***

Ogłoszenia zostały rozwieszone i odczytane gdzie tylko się dało, więc rychło do pałacu zaczęli napływać 'poszukiwacze'. Większość z nich była szarlatanami bez czci i wiary, próbującymi wyhandlować zaliczkę na poczet kosztów poszukiwań i zniknąć bez śladu. Przybyło dwóch proroków, którzy nie potrafili udowodnić że są prorokami, kilku rycerzy, wielu awanturników, żebraków, kalek i złodziei. Były też zacznie dziwniejsze grupy, jak choćby ta złożona z akrobaty, zawodowego gracza w kości, treserki krokodyli i czterech kolorowych panienek, z których trzy wyglądały na nierządnice, a czwarta, która na nierządnicę nie wyglądała, ponad wszelką wątpliwość nią była.
Ludzi wyglądających na ekspertów w swoim fachu przybyło tylko kilku i to właśnie jeden z nich po dwóch miesiącach poszukiwań zjawił się w pałacu dzierżąc pod pachą stary tubus ze zwojami. Chciał ów człowiek przekazać rękopisy Vichy'emu i oddalić się z nagrodą, jednak książę zaznajomiony już z najnowszymi wieściami zażądał deklamacji utworów. Łowca skarbów stropił się i jął wymigiwać, wynajdując coraz to bardziej dziwaczne powody łącznie z napadami kaszlu i zaćmą. Wreszcie widząc, że nic nie wskóra, rozwinął pisma i zaczął czytać.
- W zielonej Paproci Trugoj Tinę grzmoci... - rozpoczął drżącym głosem.
Książę zamarł z otwartymi ustami. Vichy złapał się obiema rękoma za głowę i tak pozostał. Poszukiwacz ciągnął dalej.
- Grzmoci ją, grzmoci... w zielonej paproci...
- Dość!!! - ryknął Książę - Straż!! Do lochu z tym obwiesiem!!
Recytator został wyprowadzony z sali.
- Vichy! Kogoś ty tu zaprosił! Czy w tym kraju nie ma prawdziwych poszukiwaczy?!
- Nie ma, mości panie - przyznał Vichy - dotarłem jednak do grupy ludzi w D'Harze, którzy zajmują się podobnymi sprawami i mają na swoim koncie wiele sukcesów. Mają tu przybyć niedługo.

***

DZIEŃ 0


Ogłoszenia dalej wisiały w karczmach, na słupach, murach miejskich, drzewach i szubienicach. Clark był już niedaleko. Wiedział, że nie musi się spieszyć, ogłoszenia zainteresują wielu ludzi, ale tylko niektórzy podejdą do sprawy poważnie. Powodów zainteresowania zawsze było przynajmniej kilka. Mężczyzn będzie kusiła chęć zysku i przeżycia przygody. Kobiety będą zafascynowane przede wszystkim romantyczną historią. Niektórzy będą mieli inne, nietypowe powody. Wielu z nich zrezygnuje. Zostaną ci, którzy posiadają pewną specjalną cechę. Tej cechy nie można nazwać, nie opisuje się jej w żadnych podręcznikach, legendach i historiach. Cecha ta sprawia, że ci ludzie nie muszą szukać przygód. To przygody znajdują ich.
Właśnie takich osobników John Clark miał nadzieję odnaleźć.


***

- ... najdalej trzy tygodnie... - zamyśliła się Danelle - Dotarł do dobrych ludzi. To niebezpieczne.
Ida klasnęła w dłonie.
- Roman, proś do mnie natychmiast sir Tomasa "Młota" - rozkazała.
Po niedługim czasie do komnaty, dzwoniąc orężem i uzbrojeniem, wszedł człowiek którego nie dało się określić inaczej jak góra mięśni. Mierzący dwa metry z okładem a ważący pewnie z 300 funtów kolos zatrzymał sie przed baronówną i czekał na rozkazy.
- Sir Tomie, będę mówić krótko. Od strony D'Hary zbliża się do Stolicy grupa poszukiwaczy skarbów. Weź tylu ludzi ilu potrzeba i spraw, aby tamci nigdy nie dotarli na miejsce.
Sir Młot uderzył otwartą dłonią w napierśnik. - Rozkaz, Pani.
- Zaczekaj, to nie wszystko. Najpierw wykonasz jeszcze jedno zadanie...

***

O niech ja skonam, jeszcze dwóch? To będzie... trzynastu, w ciągu godziny! - mruknął strażnik stojący przy bramie pałacu na widok nadchodzących ludzi.
Dwójka podróżnych była podobnego wzrostu i karnacji, mieli podobny kolor włosów - i na tym podobieństwa się kończyły, jeden bowiem odziany był jak typowy hulaka i swawolnik, podczas gdy drugi miał na sobie pokutną szatę. Również w zachowaniu byli dalece od siebie różni, co strażnik spostrzegł obserwując reakcję przybyłych na widok wychodzącej przez bramę pałacu służącej - kuso odzianej młodej panienki. 'Donjuan' obejrzał się za niewiastą i strażnik mógłby przysiąc, że młody człowiek się oblizał. 'Pokutnik' nawet nie zaszczycił dziewki spojrzeniem.
- Przepraszam Pana, my w sprawie... - Zaczął Inav, jednakże strażnik nie dał mu skończyć- Christoph Vichy zaczyna urzędowanie o 10, wtedy przyjdźcie, dziś już za późno.
- W porządku, jak każecie - odparł Sasuke Walker
- Ostańcie ze Stwórcą, dobry człowieku - dodał Inav.
Po tych słowach zawrócili w stronę centrum.

***

Potem mówiono, że przyszedł z południa. Wkroczył do miasta przez Bramę Powroźniczą ubrany w czarny płaszcz narzucony na ramiona. Był całkowicie łysy.
Strażnicy nie zwrócili na niego najmniejszej cząstki uwagi, od pewnego czasu do stolicy przybywali jeszcze dziwniejsi ludzie.
Ciemność zapadła już nad miastem, kiedy od strony kantoru kupców korzennych dał się słyszeć pełen trwogi okrzyk:
- Gore! Gore! Pomocy!
Mieszkańcy z okolicy zaczęli wybiegać na ulicę. Niektórzy mieli ze sobą wiadra. Ktoś, najwidoczniej posiadający zdolności przywódcze, posłał kilku innych po koce i worki z piaskiem. Inni ruszyli do studni napełnić wodą pojemniki. Domownicy w pośpiechu unosili dobytek. Budynek płonął coraz intensywniej.
Ifre Wadosh przybył do Togressy.


***

DZIEŃ 1

Kapral Sean Donnel i sierżant Tim Hollow pełnili służbę na posterunku straży miejskiej w dzielnicy handlowej. Nudna to była praca, szlachta raczej nie miała skłonności do zbrodni, mordobić, awantur i złodziejstwa. Wróć - poprawił sam siebie sierżant - oczywiście że miała. Ale oni nazywali to polityką, a do polityki sierżant zdecydowanie nie chciał się mieszać. Wolał skazywać się na nieskończoną nudę. Był więc bardzo zdziwiony, kiedy zobaczył wpadającego do dyżurki zdyszanego człowieka.
- Panowie, chodźcie, błagam, rzecz straszna, wisi Vichy...
Strażnicy spojrzeli po sobie.
- Nazwisko pana? - odpowiedział machinalnie kapral.
- Ależ na Stwórcę, to nieważne teraz, mówię, Vichy wisi!
Nie wierzę, pomyślał Tim Hollow, wariat i do tego jąkała! To ci dopiero.
- Co i gdzie wisi? - zapytał rzeczowo kapral.
- Jak rany! Chodźcie żesz, pokaże wam!
- Tim, trzymaj ty mnie bo nie zdzierżę. Mam pójść oglądać co mu wisi? Gdzie chcecie iść, człowieku?
- No do kamienicy! Wisi...
- Żonę macie niezbyt urodziwą?
Sierżantowi wyraźnie coś nie grało. Porządni obywatele, a ten tutaj mimo wszystko nie wyglądał na debila, raczej nie robią sobie jaj ze straży miejskiej.
- Chodź, Sean, i tak nie mamy nic lepszego do roboty.


***

...Wprawdzie mamy tu dzisiaj niezły ambaras, ale zaraz sprawdzę co da się zrobić - mówił
do zebranych w holu służący odpowiedzialny za obsługę poszukiwaczy - najpierw jednak prosiłbym państwa o podanie waszych mian, muszę zanotować je w księdze poszukiwaczy.
- Inav Van Dume
- Sasuke Walker
- Avinashai De la Vega
- Estanatehi
- Ifre Wadosh
- Corlanto Cypahl
- J`ayhdaeen
- Jeres
- Meliana
- Lothar Chestlight
- Trucjan Binkazak
- Ellie
- John Clark
- Dziękuję. Zaczekajcie, za moment wrócę.

***

- To niemożliwe! Nie Christoph!
- Powiesił się na belce, najjaśniejszy panie. to się zdarza - tłumaczył komendant straży miejskiej. Do sali zajrzał służący.
- Panie, w holu czekają poszukiwacze. czy mam ich odesłać?
- Tak, niech idą w cholerę! Nie, zaraz, czekaj! Może to ta grupa którą najął Vichy. Proście. Sam ich przyjmę - rzekł zrozpaczony książę Emerald - dziękuję że pan sie fatygował, kapitanie.
- To nie była dla mnie przyjemność, mości książę. W razie pytań poślijcie po mnie - kapitan wyszedł w ślad za służącym.

***

Rzeczywiście, duża grupa - pomyślał Książę, widząc wchodzącą do komnaty gawiedź. Po wymruczeniu powitań przez przybyłych, rozpoczął:
- Miło mi gościć was w królestwie Togressy. Niestety, człowiek który was najął popełnił wczoraj samobójstwo. Przykro mi, ale nic o was nie wiem. Jakie macie kwalifikacje?
- Miłościwy panie, nasze kwalifikacje są przednie - Clark od razu zwietrzył szansę - ten tutaj, Eryk z Densle, rozpracował bez pudła system pułapek świątyni Cthulu, Tamta młoda pani szukała z powodzeniem grobu cesarza Augusta, a panicz po lewej jest odkrywcą zaginionego miasta Troy. Następny zasię... - John mówił i obserwował towarzystwo. Tak jak przypuszczał książę był zdruzgotany śmiercią doradcy, natomiast innych po prostu zatkało.
- Dobrze, dobrze - Emerald kompletnie nie zauważył, że obecni w sali tłumek patrzył na Clarka jak na zjawę z zaświatów - dużo was, więc jak wam się poszczęści, dorzucę coś gratis. A teraz ruszajcie precz!
- Jak każesz, najjaśniejszy panie - odpowiedział Clark i popchnął innych w kierunku wyjścia, szepcząc:
- No, jazda, dalej! wychodzimy!


Pisałem własną ręką,
Rajek, Pierwszy Skryba.


Zaskakujący w smaku, zapachu i kolorze... Rajek. Orzeźwiający a delikatny, słodki a wyrafinowany, piwny a aromatycznie żurawinowy.
Czarny a czerwony.
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 6 gru 2014, o 01:25  
Avatar użytkownika

Nawiedzający sny
Dołączył(a): 17 wrz 2013, o 17:14
Posty: 802
Lokalizacja: K-ów
Offline

Witajcie moi drodzy. Jam jest bard strudzony,
co świata i życia widział już niemało.
Spytacie mnie pewnie, jakże się to stało,
źe stoję tu przy was dziś nienaruszony.

Historia to zacna, sami wnet przyznacie –
pełna dziwnych zdarzeń, pełna mądrych treści.
I choć wiele z tego w głowie się nie zmieści
zaczynam już prawić, bo pewnie czekacie.

Rzecz się działa dawno. Dawno, dawno temu...
gdy wielkie potęgi brały się za bary –
prostym ludziom jeno rzec by można: czary –
lecz Wam powiem wszystko: co, jak, no i czemu.

Jako już Wam rzekłem, była wojna wielka.
Potężni wojowie stali po dwóch stronach.
Nikt nie wiedział kiedy i kto go pokona,
pomoc im potrzebna była wtedy wszelka.

Starcie bowiem trwało nie tylko polowe:
walka była także na strategii polach.
Któż mógł to przewidzieć, jaka będzie dola,
gdy skarby zasilą kieszenie i głowę.


I tu właśnie wkracza moja postać skromna.
Poetę zwołali, co uwieczni czyny,
bo w czas niepamięci odkupuje winy
Poezja, którą słyszy osoba potomna.

Nie koniec tu jednak zadania mojego –
dali mi coś jeszcze. Rzekli – klucz magiczny;
weź poeto, schowaj ten tu przedmiot śliczny,
by wpaść w łapy nie mógł wojaka żadnego.

Może kiedyś będą ludzie godni mocy,
jaką niesie fragment, który otrzymujesz.
Bacz, byś pewny zawsze był gdzie przechowujesz
to, czego złodzieje mogą żądać w nocy.

Nie pytajcie przeto, co z nim uczyniłem.
Schowany na wieki – historia zbyt młoda.
Jednak zawsze miło, gdy legenda poda,
że schowany w górze, gdzie onegdaj byłem.

Góry nie szukajcie. Świat jest mi za mały –
niejedną przeszedłem, w niejednej mieszkałem.
Czary także kryją to, co gdzieś schowałem,
więc radzę nie szperać, gdy kto chce ujść cały.


Ja tymczasem powiem o innych z wyboru,
co ponieśli części klucza w świata strony.
Był wśród nich i Rathal – w złoto uzbrojony:
wojownik zasłużon – z walk swych i honoru.

Wielki mąż był z niego, dzielny i odważny,
przysiąg dotrzymywał i to go zabiło.
Przełęczy chciał bronić, gdzieś w Jarze to było –
przyjął cios od wroga, co był zbyt poważny.

Pierwszym więc morałem uraczę słuchaczy:
darmo nie przysięgaj, bo słowo – rzecz święta.
Acz historia dłuższy żywot zapamięta
i czasem jak luba - klęskę wnet wybaczy.


Czarodziejka Ondine – druga ze strażników –
Pani nad kosturem zwanym Rozpadliny –
zginęła w rejonie Pendisan kotliny
schowawszy pod ziemią ze stu rozbójników.

Choć gleba przyjęła bandy podłej ciała –
te na wierzch wróciły, gdy minęły lata.
Zwłoki Ondine jednak znikły z tego świata –
tak poszukiwaczy brać rzekła niemała.

Taka płynie druga z historii nauka:
Nie ważne jak wielka będzie Twa potęga.
Ktoś zawsze i wszędzie jakoś po nią sięga,
a Ciebie już tylko brać na próżno szuka.


Był także przewodnik – prosty Zi-On – z dziczy.
Z was żaden z nim w lesie równać się nie może.
Skrytobójca pewny na włócznie i noże,
ufał zaufanym, lecz z każdym się liczył.

Wojnę rozpoczęło jednak plemię jego
i zmuszony pilnie powrócić do domu
w swoim stylu stracił głowę - po kryjomu,
nie biorąc za wroga przyjaciela swego.

Plemiona zgodzone na pogrzebie smutnym
wspólnie wygłosiły kolejny z morałów:
Nie przypisuj wszystkim swoich ideałów,
bo świat nie jest taki. Jest bardziej okrutny.


Czas więc na historię łuczniczki z daleka.
Umbra jej na imię, łuk dzierżyła srogi.
Z nią nawet się moje skrzyżowały drogi,
gdy mnie chciał rabować fałszywy kaleka.

Umbra też poległa w przełęczy obronie,
by westlandzkie ludy przed wrogami chronić.
Nie miał ukochany jak w bólu łez ronić,
więc z rozpaczy rzucił swe ciało w Trunt tonie.

Niejako wracamy tu w morał Rathala:
Długi żywot dobrym – to powtórzę jeszcze.
Lepiej silnym stać się poprzez życia deszcze
niźli się poddawać, gdy rozpacz powala.

***

Legenda urwana, Menos tyle spisał
nim go poszukiwacz skarbów dopadł w szale.
Nie zdążył acz skarbu poszukać wytrwale,
bo prędko na sznurze po tym on zawisał.

Dzieło nie skończone. Dodam tu coś zatem.
Joachim z Vecht domu – piewca ideału...
Czuję obowiązek piątego morału
będąc Menosowi Poetą – Współbratem.

Strażniczej pokory zbrakło tu dla Brata
i choć misję spełnił, bo legenda żyje –
mógł zaśpiewać o kimś – uratować szyję
swoją – od zabójcy, zabójcy – od kata.

Podróż się nie kończy. Notatki widziałem –
mówią coś o świetle, które wskaże drogę.
Nic więcej z papierów wnioskować nie mogę.
ale też i przyznam, że się nie starałem.

Czas wciąż niespokojny, a broń niebezpieczna...
Wróćmy do strażników – popatrzcie tu na nich:
nikt z nich idealny, a jednak wybrani
i w ręce każdego – broń jest ostateczna.

Do skarbu prowadzą klucze połączone.
Znaleźć je i złączyć – dla godnych zadanie.
Gdy miejsce ukrycia wskazane zostanie –
Skarby zabezpieczyć jest im przeznaczone.

Ktokolwiek to znajdzie – oto są wskazówki:
(piszę to de novo, bo papier nie chroni)
Imion stąd używaj – przed złym to obroni,
Dobrze się przyszykuj na długie wędrówki...

Gdy skarb już odnajdziesz przy świetle łuczywa –
Wiedz, że go schowano tu nie bez powodu.
Weź go i go ocal. Teraz biegnij! Chodu!
Za sercem podążaj! Wszak przygoda wzywa...


#mieczprawdy:
Obrazek

Uzależniony od wielokropków...
"Talga Vassternich"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 8 sty 2015, o 23:28  
Avatar użytkownika

Nawiedzający sny
Dołączył(a): 17 wrz 2013, o 17:14
Posty: 802
Lokalizacja: K-ów
Offline

Dla tych, którym interpretacja poezji nie przychodzi tak łatwo jak innym - ballada przełożona na prostą chłopską prozę :D


W czasie Wielkiej Wojny "grupa osób" postanowiła ukryć przed walczącymi siłami zarówno jednej jak i drugiej strony pewne skarby, które zapewne narobiłyby więcej szkody, aniżeli pożytku. Scenariusz to prawdopodobny nawet dla tzw. "tych dobrych". Skarb zgodnie z postanowieniem ukryto, a magiczny klucz do niego podzielono na pięć części, nad którymi pieczę mieli mieć Strażnicy. Wybór padł na: wojownika w złotej zbroi - Rathala, czarodziejkę władającą potężnym "kosturem Rozpadliny" - Ondine, skrytobójcę z Dziczy - Zi-Ona, łuczniczkę - Umbrę, oraz na poetę - Menosa. W przypadku śmierci pozostałych Strażników miał on złożyć zgrabne kuplety (napisać balladę) o całej historii, by poezja przetrwała, a dzięki temu przetrwał cień szansy na odnalezienie skarbu w spokojniejszych czasach...

Rathal poległ w obronie przełęczy w Jarze; ślad po Ondine urwał się w okolicach kotliny Pendisan; Zi-Ona zamordowano "gdzieś w dziczy"; o Umbrze wiadomo zaś, że ciało jej ukochanego spoczęło na pewno w jeziorze Trunt. Zwłok Menosa nie odnaleziono, ale balladę (i jego część klucza) już tak, więc ta część historii już za nami.

Połączone magiczne klucze - a ideologicznie już przynajmniej wiadomo do czego dążyć (3D puzzle kuli)- w "magiczny" - znany tylko sobie sposób wskażą drogę do skarbu. Droga zarówno do kluczy jak i do skarbu teoretycznie powinna zatem mieć znamiona co najmniej niebezpiecznej i trudnej. Przydać się zaś w niej mają imiona Strażników oraz dobre przygotowanie. Nieoceniona będzie również chęć przeżycia tejże przygody :)


#mieczprawdy:
Obrazek

Uzależniony od wielokropków...
"Talga Vassternich"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 24 sty 2015, o 09:58  
Avatar użytkownika

Nawiedzający sny
Dołączył(a): 17 wrz 2013, o 17:14
Posty: 802
Lokalizacja: K-ów
Offline

Z braku pomysłów na lepsze miejsce - piszę tu, bo jak się później okaże - będzie to miało spory związek z fabułą.

Proszę uprzejmie każdego(!) gracza o napisanie tu "jednego słowa" (czyli może być zdanie, ale im większy elaborat tym gorzej), które nie jest pierwszym skojarzeniem z Jej/Jego RPGową postacią, ale "drugim" - takim mniej oczywistym :) Więc w przypadku Wadosha liczę na coś innego niż "ogień", a od Inava na coś innego niż "Stwórca", czy "cycki" - taki przykład pedagogiczny :)

Proszę ładnie, aby pojawiło się to tutaj najpóźniej w środę 28 stycznia, bo potem się wezmę za twórczą "obróbkę".
Z góry dziękuję ;)

Edit: Nie traćcie czasu na długie myślenie o tym. To ma być krótkie, szybkie i naturalne :)


#mieczprawdy:
Obrazek

Uzależniony od wielokropków...
"Talga Vassternich"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 24 sty 2015, o 15:21  
Avatar użytkownika

Starszy Skryba
Dołączył(a): 22 lut 2010, o 21:36
Posty: 829
Lokalizacja: Elbląg
Offline

Clark, słowa kluczowe: Wywiad, balanga, alkohol, muzyka, kobiety, maskowanie (cały czas dąży do odtworzenia swojego starego kolorowego i pstrokatego płaszcza), zasadzka (płaszcz, jak go odwrócić na drugą stronę, jest ciemnoszary i zapewnia doskonałe wtopienie się w mroki nocy)


Pisałem własną ręką,
Rajek, Pierwszy Skryba.


Zaskakujący w smaku, zapachu i kolorze... Rajek. Orzeźwiający a delikatny, słodki a wyrafinowany, piwny a aromatycznie żurawinowy.
Czarny a czerwony.
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 24 sty 2015, o 17:08  
Avatar użytkownika

Nawiedzający sny
Dołączył(a): 17 wrz 2013, o 17:14
Posty: 802
Lokalizacja: K-ów
Offline

Jedno słowo by wystarczyło, ale dzięki temu będę miał z czego wybierać :) Dziękuję i czekam na następne :)


#mieczprawdy:
Obrazek

Uzależniony od wielokropków...
"Talga Vassternich"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 24 sty 2015, o 23:53  
Avatar użytkownika

Mściwa
Dołączył(a): 24 sie 2013, o 20:44
Posty: 171
Lokalizacja: Oława/ Wrocław
Offline

Avi = węzły(lub jak to woli krawaty i sznurki) :D


"Najlepsze intencje mogą spowodować największe szkody."

"Możesz zniszczyć tych, co mówią prawdę, lecz prawdy nie zniszczysz."

"Znacznie trudniej jest sądzić siebie niż bliźniego. Jeśli potrafisz dobrze siebie osądzić, będziesz naprawdę mądry"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 24 sty 2015, o 23:59  
Avatar użytkownika

Prorok
Dołączył(a): 25 lip 2011, o 09:26
Posty: 1054
Lokalizacja: Pyrlandia
Offline

Skoro ma być jedno słowo i to mniej oczywiste to proszę:

dziedzictwo

A dumaj z tym sobie co chcesz :)


"Aure entuluva!" J.R.R.Tolkien

"Miłość, która jest gotowa nawet oddać życie, nie zginie." Jan Paweł II
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 25 sty 2015, o 08:35  
Avatar użytkownika

Łowca
Dołączył(a): 11 sty 2015, o 08:46
Posty: 48
Lokalizacja: Podbeskidzie
Offline

Rodzina


Jeśli nie wierzysz w swój cel, nawet nie podejmuj wysiłku osiągnięcia go.
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 25 sty 2015, o 11:18  
Avatar użytkownika

Strażnik granicy
Dołączył(a): 7 lut 2014, o 19:05
Posty: 83
Lokalizacja: Wrocław
Offline

potęga


#mieczprawdy:
Obrazek
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 25 sty 2015, o 11:29  
Avatar użytkownika

cycMaper
Dołączył(a): 28 paź 2011, o 18:51
Posty: 494
Lokalizacja: Wrocław
Offline

kompanija zacna


Nie bój się potworów – po prostu ich wypatruj. Spójrz w lewo, spójrz w prawo, poszukaj pod łóżkiem, zerknij za kredens i do spiżarni, ale nie patrz w górę – ona nie znosi, gdy ktoś ją zauważa...
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 25 sty 2015, o 18:32  
Avatar użytkownika

Nocny Ognik
Dołączył(a): 21 kwi 2010, o 13:04
Posty: 354
Lokalizacja: Zaborze
Offline

mały ale... wariat




Edit: Margoo :D


"Nie wymachuj toporem na oślep..."
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 25 sty 2015, o 19:11  
Avatar użytkownika

Ksieni
Dołączył(a): 31 sty 2010, o 01:41
Posty: 893
Lokalizacja: Elbląg
Offline

niepokorna, podróżniczka


Ksieni należy tytułować

Tytuł w nagłówku:
Przewielebna Panno Ksieni, Dobrodziejko!
Tytuł w treści: Wasza Przewielebność
Cześć: Waszej Wielebność cześć wyraża
Podpis: uniżony sługa N.N.
Adres: Przewielebna Panna Ksieni Dobrodziejka Margoo


"I do not fear the truth"
- "Atlas chmur"


Dobro czy zło jako takie są równie rzadkie, jak czysta czerń czy biel w przyrodzie.

Vincent van Gogh


"- To wódka? - Słabym głosem zapytała Małgorzata. Kot poczuł się dotknięty i aż podskoczył na krześle.
- Na litość boską, królowo - zachrypał - czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus!"

Michał Bułhakow, "Mistrz i Małgorzata"
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 27 sty 2015, o 01:26  
Avatar użytkownika

D'Harański gwardzista
Dołączył(a): 29 lis 2010, o 00:24
Posty: 124
Lokalizacja: Podlasie
Offline

Prosiłeś no to masz, jestem ciekaw co wykombinujesz :)

przetrwanie, muzyka, wściekłość, impulsywność, taniec

Tyle chyba ci starczy :P


A ty chłoptasiu - z wargami ledwie obeschłymi od matczynego mleka - jesteś dla mnie zaledwie gołowąsem. Twój mieczyk wygląda ładnie u twego boku. Jednak gdybym chciał, zabiłbym cię, nawet się przy tym nie pocąc.
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 28 sty 2015, o 11:31  
Avatar użytkownika

Fensigliere
Dołączył(a): 22 sie 2010, o 10:08
Posty: 624
Lokalizacja: Lubin
Offline

Wolność


"Pamiętaj chłopcze, że człowiek rozumny zawsze woli stać na uboczu, gdyż świat znacznie lepiej widać, kiedy samemu jest się skrytym w mroku."
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 28 sty 2015, o 19:41  
Avatar użytkownika

Strażnik Granic Polonistyki
Dołączył(a): 3 maja 2011, o 15:14
Posty: 290
Offline

Brak uczuć wyższych, materialista.


"Sprawiedliwości nie wymierza się z nienawiści. To celebracja człowieczeństwa."


#chat:
Obrazek
Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: RPG V - wątek fabularny
PostNapisane: 29 sty 2015, o 11:24  
Avatar użytkownika

Spowiedniczka
Dołączył(a): 12 mar 2010, o 15:07
Posty: 934
Lokalizacja: Węgierska Górka
Offline

Wiara, okrucieństwo.


Chcesz poznać tajemnicę wiecznego szczęścia? Patrz na stronę 246.
Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 17 ] 

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
cron

World of Warcraft phpBB template "WoWMaevahEmpire" created by MAËVAH (ex-MOONCLAW) for EMPIRE guild (v3.0.8.0) - wowcr.net : World of Warcraft styles & videos
© World of Warcraft and Blizzard Entertainment are trademarks or registered trademarks of Blizzard Entertainment, Inc. in the U.S. and/or other countries. wowcr.net is in no way associated with Blizzard Entertainment.
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL